poniedziałek, 23 lutego 2015

Mistrzyni mojego świata

Ruszamy z projektem „Półmaraton”. Co to za projekt? Pozwólcie, że zacznę od początku…

Jeszcze przed moją erą, jeszcze mieszkając we Wrocławiu, Monika, początkowo bez wiary w sukces, zaczęła biegać. Przyłączyła się do swojej, biegającej razem z koleżeństwem z pracy, mamy. Ciężkie to były początki. Zadyszki, wymioty, ból… W głowie pojawiały się myśli o rezygnacji, bo to w końcu nic przyjemnego. Tylko Monika ma taką specyficzną cechę, że jest w stanie odpuścić wszystko, ze wszystkiego zrezygnować, dopóki nie pojawi się ktoś, kto rzuci od niechcenia: „Wiedziałem, że nie dasz rady”. Tyle. To wystarczy, żeby z zaciśniętymi zębami i ze ściśniętymi pięściami wysyczeć: „No to się jeszcze okaże…” I wbrew sobie, mimo bólu, zakwasów, zadyszek biegała coraz częściej, biegała coraz więcej… Trener grupy, z którą biegała przygotowywał całą ekipę do przebiegnięcia Półmaratonu Warszawskiego w marcu 2012.
Półmaraton.
21 km z metrami…

Pamiętam, że parę miesięcy wcześniej „wprosiła się” do mnie na nocleg. Nie wiedzieliśmy wtedy jeszcze, nie byliśmy do końca pewni, że sprawy potoczą się tak, że w czasie tego biegu nie będzie to już nocleg, tylko jej dom… My obydwoje zawsze byliśmy dość spontaniczni, łapaliśmy życie za grzywę…

Zamieszkaliśmy razem na początku marca. Trzy tygodnie później pobiegła. Ledwo żywa, wspierana przez Mamę dała radę. Byłem z niej bardzo dumny. Z tego szczęścia mniej więcej dwa-trzy tygodnie po tym półmaratonie zaszliśmy… tzn Monika, przy moim współudziale ;) zaszła w ciążę… 

Resztę znacie, nie będę się rozpisywał, gdyż o tej reszcie jest cały ten blog :) Wracam więc czym prędzej do wątku głównego, czyli do biegania.

Ten półmaraton, który miał być zwieńczeniem trudów, stał się tylko przystawką. W myśl porzekadła, że w miarę jedzenia apetyt rośnie, Monika zaczęła biegać dalej, trenować sama, sama się dyscyplinować. Przebiegła kilka biegów po 10 km, w planach kolejne półmaratony. Nie robiła tego dla zaspokojenia jakichś swoich ambicji. W tym swoim bieganiu znalazła głębszy sens. Jaki? Pisała o tym w TYM jednym ze swoich postów.

Mamy znajomą w Fundacji Maraton Warszawski. Martyna śledząc nasze losy, zaczęła nam pomagać. Kiedy Monika biegła, my z Brunem, dzięki Martynie, mogliśmy na nią czekać w specjalnych strefach, w których bez problemu mogłem małego Brunka karmić, podawać mu leki czy nawet robić inhalacje. To było dla nas bardzo ważne. 
Martyna śledziła naszego bloga, zauważyła, że Monika biega w koszulce z nadrukiem "Synek Mukolinek" i z numerem "65" na koszulce. Kiedyś Monika wyjaśniła skąd akurat ten numer. Mukowiscydoza po angielsku to "cystic fibrosis", nazwa trudna do wymówienia dla chorujących na nią dzieci. Dziś już nie wiadomo kto zauważył, że fonetycznie nazwa choroby brzmi jak "sixty five roses" czyli "65 róż". Liczba 65 to dziś jeden z symboli mukowiscydozy. 
Jak się domyślacie, bądź nie :) - następny bieg organizowany przez Martynę, Monika pobiegła z tym numerem na koszulce.


Ekipa "Synek Mukolinek"  z nr 65. Półmaraton Warszawski 2014.




Po tym Półmaratonie Warszawskim, Monika podjęła decyzję o spełnieniu swojego marzenia. Tym razem będzie to królewski dystans. Dla niej marzenia stają się celami, o czym możecie przeczytać TUTAJ. Po przeczytaniu tego właśnie posta, nieoceniona Martyna zaproponowała Monice udział w programie treningowym dla amatorów, organizowanym przez MAGAZYN BIEGANIE
I tak Monika dostała się do ekipy CZAS DEBIUTANTA. Rozpoczęła coś, co było dla niej wielką frajdą. 6 miesięcy profesjonalnych treningów pod okiem zawodowych biegaczy - małżeństwa Olgi i Pawła Ochalów oraz specjalnie dla niej przygotowanej przez profesjonalistów diety.

Pół roku wyrzeczeń, potwornego wysiłku, dyscypliny żywieniowej, biegania w każdą pogodę, późnymi wieczorami. Gdybyście wtedy mogli ją poobserwować, to jej każdy dzień wyglądał mniej więcej TAK :)

Po tych sześciu miesiącach nadszedł upragniony 28 września 2014. Pobiegła. Oczywiście z nr 65 na koszulce. 42 km z hakiem. Tydzień przed biegiem przejechaliśmy trasę maratonu samochodem... nie dowierzałem, że można tyle przebiec. Ona dała radę. Przybiegła o 3 minuty wcześniej niż planowała. Byłem z niej taki dumny...

Na trasie maratonu z Teresą, współuczestniczką programu Czas Debiutanta

Meta Maratonu Warszawskiego na płycie Stadionu Narodowego


Czy myślicie, że na tym poprzestała? Oczywiście, że nie. W planach kolejny maraton. Tym razem w Berlinie, po drodze jeszcze Półmaraton Warszawski bo to u nas "nowa świecka tradycja". Dołączyła na stałe do ekipy TEAMOCHAL, czyli do swoich trenerów z Czasu Debiutanta i pełna pasji przygotowuje się do kolejnych biegów. Tyle, że już nie tylko ona...

                     Monika zaraziła "bieganizmem" całe rzesze ludzi, którzy jej kibicują, wspierają i którzy dość często biorą z niej przykład. Wielu z Was wie, że wspólnie dzielimy motocyklową pasję. Monika od lat należy do jednego z nielicznych na świecie żeńskich klubów motocyklowych. Jej klub, AMAZONS WOMEN'S MOTORCYCLE CLUB, powstał w USA. Monika należy do jego paneuropejskiego oddziału, tzw. CHAPTERU NOMADS, wraz ze swymi Siostrami z Polski, Norwegii i Szwajcarii (siostrami, bo w klubie obowiązuje sisterhood).

Amazons WMC USA & Amazons WMC Nomads
Stoją od prawej: Skipper, Pogo, Moth, PinkString, Niobate, Rusty, Thumper, Dorka, Carioka

Dziewczyny z USA, przyglądając się wyczynom Moth (pseudonim klubowy Moniki) postanowiły również zacząć biegać. Co więcej, skontaktowały się z nami proponując zorganizowanie udziału dziewczyn z POLSKIEGO ODDZIAŁU KLUBU w Półmaratonie Warszawskim 2016, w którym one same też chcą wziąć udział. Nie byłoby w tym zapewne nic dziwnego, nic co powala na kolana, gdyby nie fakt, że Linda czyli klubowa Skipper, President Amazons WMC chce przebiec ten półmaraton w roku, w którym skończy 70 lat! Przy okazji tego biegu, chce zrobić zbiórkę na leczenie Bruna.

Skipper, druga od prawej, obok Moniki

Coraz więcej dziewcząt się do tego pomysłu zapala i wygląda na to, że Monika pociągnęła tłumy za sobą robiąc bardzo dużo potrzebnej pracy. Po pierwsze, zachęcając ludzi do zmiany trybu życia, po drugie rozpowszechniając świadomość mukowiscydozy, dzięki czemu jak wierzymy uda nam się wpływać na poprawę jakości jej leczenia w Polsce. 

                Podjęliśmy z Moniką decyzję, że chcemy to robić, chcemy mówić o chorobie Bruna, bo wiemy, że w ten sposób pomagamy wszystkim tym, na których ona spada. Którym, jak nam dwa lata temu, świat osuwa się spod nóg. 
Chcemy wszystkim opowiedzieć, że mamy cudowne, wspaniałe dzieci, które trzeba wspierać, kochać, a których na pewno nie należy się BAĆ

               Zaprosiliśmy wszystkich tych, którym muko leży na sercu do naszego domu, do naszego życia za pośrednictwem tego bloga, a ostatnio również za pośrednictwem telewizji, aby pokazać, że mimo tej choroby, mimo wielu problemów z nią związanych, można szczęśliwie żyć. Można żyć z pasją. Zapraszamy i Was do obejrzenia PROGRAMU z naszym udziałem.

               Mamy nadzieje, że za rok będziemy mogli Wam pokazać reportaż z naszego biegu "mukowiscydozowego". Monika ciężko na to pracuje. Teraz jest daleko od domu, trenuje na zgrupowaniu swojej biegowej ekipy, którą z całego serducha, wraz z kierownikiem tego zamieszania, który jak widać ma już za sobą pierwsze biegowe sukcesy,  pozdrawiamy :)




ps. Martyna... Ty wiesz co  :)
   


poniedziałek, 5 stycznia 2015

Strumień mojej świadomości cz. II

Czas dziwnie przyśpieszył. 
Nie wiem kiedy zrobił sie styczeń. Jakoś tak nagle.
Nie wiem w zasadzie co o tym myśleć, jeśli mam być szczera, to mnie to trochę przeraża. Znowu zataczam jakieś koło. Pijana jaskółka. 

Dopadło mnie zmęczenie. Koniec roku. Początek roku. Jakiś dziwny czas. Pełen ambiwalentnych doznań. Odmawiam podsumowań, z ciekawości zajrzałam tylko na endomondo ile nazbierałam km. Facebook wyprodukował film o najciekawszych momentach roku. Przypomniałam sobie jak wiele się działo. Kolorowe zdjęcia, wracam myślami do ciepłych dni...ach, och.  

Co tu podsumowywać? Udało nam się jeszcze nie umrzeć przez przypadek.
Czas się nie zatrzymał. 
Nieprzewidywalne Życie. Raz lepiej, raz gorzej. No tak. I ciepło było, potem trochę deszcz padał. Najpierw coś zmarzło, potem urosło a potem się spaliło. Znowu zimny wiatr. 
Za mną chwile słabości i te, w których czułam się jak Młody Bóg. Nie czekam już na nic. Wszystko będzie. Nie obiecuje sobie, nie potrzebuję sie zawodzić, wolę miło zaskoczyć.

Czasem bardzo mi źle i zaczynam się bać. Może wszystko robię źle? Może moja droga jest zupełnie nie tu? Bo przecież minął rok. Przydałoby się wreszcie "coś". Publika rząda spektakularnych osiągnieć! 
W głowie wielkie plany, coraz wiecej pytań... E tam.

Każdy rok jest przełomowy. Najpierw sie urodziłam i to niechybnie był przełom jak cholera. Potem nauczyłam sie chodzić, śmiać i pluć. Jednego roku nauczyłam się jak jeździć rowerem, kolejnego pierwszy raz pocałowałam, zawiodłam na przyjaźni, rozwiedli sie moi rodzice, zdałam maturę, woziłam koleżanki z roku motocyklem po placu przy uniwersytecie zamiast siedzieć na seminarium "Bóg nie żyje, Bóg umarł". 
Tak, to dzieciństwo a potem czasy beztroski. 

Jednak do tej pory nie miałam w swoim dorosłym życiu takiego poczucia, że oto rok "x" był zupełnie nijaki, nudny, robiłam w kółko to samo. Dupa. Jeśli ktoś z Was tak ma, to ze swojego punktu widzenia i sposobu na życie, szczerze współczuje. Wyjdźcie i poszukajcie gdzieś swojego życia, siedzi gdzieś pewnie skulone i zmarznięte. Dobrze, że zima w miarę lekka. Chociaż wyjątkowo upierdliwie wieje.

Wszystko mocno. Nigdy nijak. Z przytupem a jak boli to na poziomie wyrywania flaków. Moje życie się rysuje markerem, takim niezmywalnym.

Nauczyłam się jednej przydatnej rzeczy, dzięki której jeszcze nie zwariowałam. Nauczyłam się akceptować zmiany. 
Czasem ich nie chcę, czasem nie rozumiem, czasem mimo , że o nie walczę to i tak zmiana bez echa się nie obejdzie. Biorę wszystkie zmiany chciane i niechciane na klatę. Sprowadzam do parteru. Rozbrajam bombę. I czasem z tej zmiany wychodzi kolejna zmiana... :)

Nauczyłam się życiowo nie panikować. 
Nie drżeć na myśl, nie stresować.
Nie, to nie tak, że nie ma drżenia, paniki i stresu. Jest, pojawia się wraz z łzami jak grochy. Staram się do nich nie przyzwyczajać.

Myślę sobie, że muszę wiele jeszcze i to jak najszybciej. A jeśli się tak nie uda to będę bardzo walczyć, aby się mentalnie nie zestarzeć. Nie bać się żyć, co czasem się zdarza. Jeszcze całkiem niedawno nie było w moim słowniku takiego wyrażenia. Młodość mi juz chyba uciekła. A może to uczucie beztroski jeszcze kiedyś wróci? To możliwe?

Miewasz czasem pustkę w głowie przed snem? Z własnego wyboru czy po prostu wlazłeś w mentalne gówno?
Przesyt własnymi myślami. Albo obcymi. Chociaż wydawałoby się bliskimi.

Po co czasem mówisz mi to wszystko?

Dlaczego fundujesz mi płytki sen? 
Zatapiam się w pustce.

Jednak jestem tu i to jest mój wybór. 
Nie jest ciężko wstać i wyjść.
A jednak jestem tu...



poniedziałek, 29 grudnia 2014

Zamieszkanie.

Od jakiegoś czasu mam inny widok z okna. Budzę sie w zupełnie innym łożku. Nowe miejsce. Powiew świeżości. 

Nic nie jest na zawsze ani takie samo jak wczoraj. Każdego dnia jest nas troche mniej, więcej, inaczej... Dlaczego więc, skoro wszystko sie zmienia, sami opieramy sie zmianom? 
Moja natura jest inna. Nie boję się zmian, wręcz przeciwnie, uwielbiam je. 
Mój duch jest wolny. Nie daje się spętać nakazom, zakazom, przywiązaniu do miejsc i rzeczy. Nie ograniczam go religią, myślę sama, co jest o wiele trudniejsze... Nie znam odpowiedzi na większość pytań. Czasem gubi mnie naiwność i roztrzepanie. Jestem emocją, nie wiem ile potrwam. A żyć sie powinno jak sie chce a nie jak wypada, a nie jak bezpieczniej.

Nie czuje potrzeby posiadania "swojego" miejsca na Ziemi. Mieszkałam już "na swoim". Trzy razy. Jakie to moje? Wiatr czy ogień wiekszą mają władze nad moim domem niż ja... 
A ja? No właśnie... Ja nie chce wiecznie karmić oczy tym samym widokiem. Ani za oknem ani tym w lustrze.
Ścinam więc swoje włosy, które sięgały mi do pośladków. Czuję sie lekko. 
Podejmujemy decyzję o przeprowadzce. Kilka tygodni i ...dziś jesteśmy w Warszawie. Równie dobrze za rok możemy być w innym kraju. 
Dlaczego nie? 

Dziś już nie patrzę na las za oknem. Przeżywam na nowo fascynacje miastem. 
Za parę miesięcy, jeśli zdecydujemy sie mieszkać gdzieś indziej znów spakujemy kartony i pójdziemy szukać miejsca dla siebie. 
Chociaż czasem brakuje mi twarzy ludzi, których juz nigdy więcej nie zobaczę 
( chociaż kto wie?) zmieniając swoje miejsce zamieszkania, jestem wdzięczna za wszystkie wspaniałe wspomnienia, które wraz z tymi ludźmi za sobą zostawiam. Te miejsca i chwile zabieram po części ze sobą. Mogę wrócić tam w myślach, kiedy tylko chce...

Dziś liczy sie dla mnie bycie szczęśliwą, tu i teraz. Może nadal zbyt lekko podchodzę do życia. Może powiecie: "niczego cię nie nauczyły twoje doświadczenia?". Jednak zmieniłam się, na tyle ile trzeba było. Będę sie zmieniać stale. Nie ucieknę od zmian, dojrzewania i starości... Wszelkimi sposobami będę starała sie nie zatracić dziecka w sobie, nie chce tracić radości z małych rzeczy ani specyficznej wrażliwości. Chce cieszyć sie prostymi i najpiękniejszymi rzeczami, momentami. Przeżywać i celebrować chwile. Ponieważ odkąd mam Bruna wiem i czuję to jeszcze mocniej niż kiedyś, jak bardzo kruche jest życie. Okrutne i wspaniałe zarazem. Pewność jest niepewna. Nie chce czekać, aż mój krajobraz za oknem sam sie zmieni, szczególnie na taki, jaki mógłby mi się nie spodobać.

Czas ucieka... Bruno 9.12 skończył dwa lata. 
Przez ten czas pamiętam momenty, kiedy bałam się życia i zupełnie nie rozumiałam "dlaczego...?".... Dziś wiem, że pewne rzeczy dzieją sie, bo muszą. Zadzieją się, czy tego chcemy czy nie. Wiem też, że mimo wszystko warto robić swoje. Tak naprawdę stać za tym, w co sie wierzy. 

Dziś w moim oknie Warszawa. Do tego widoku sie nie przyzwyczajam. 
Po co?  Przecież najważniejsze jest to, co widzę kiedy zamykam oczy. 
Widzę swoje roześmiane dziecko, czuje cudowne ciepło jego ciała, kiedy się do mnie przytula. Słyszę słowo "mami". Słyszę słowo "kocham Cię" i widzę mojego Męża, który jest dla mnie, dla nas. 
Dobrze mi sie mieszka pod moimi powiekami. To najlepsze miejsce do życia na świecie. Całkowita własność, żadnych kredytów czy umów o wynajem...

Dzis spaceruję po Wilanowie. Czy będę tu jutro? Czy Ty będziesz jutro tam, gdzie jesteś dziś? Nie wiem. Nie chcę dawać rad, bo kimże jestem. Niewiele jeszcze mądrości we mnie. Jedno wiem na pewno... Spraw, żeby dobrze Ci sie mieszkało pod swoimi powiekami. To nic jeśli czasem przyśni sie zły sen. Jeśli tylko jest na świecie ktoś, kto przytuli Cię i odgoni złe sny, lub komu Ty możesz zapewnić spokojny sen albo jest jakaś myśl która ociepla Ci serce, nie bój się śnić.... 

Rozgość się w sobie.



środa, 26 listopada 2014

Kokon

15 lat temu Fundacja Aktywnej Rehabilitacji wspólnie z dziennikiem "Rzeczpospolita" i radiową "Trójką" zaprosiły osoby niepełnosprawne do podzielenia się swoją historią dotyczącą wychodzenia z niepełnosprawności. Nie tego fizycznego wychodzenia, bo to najczęściej nie jest możliwe, ale tego które umożliwia przezywanie życia w pełni pomimo niepełnosprawności. 
Przed laty, te 15 lat temu również, bylem mocno zaangażowany w aktywność pewnego zupełnie nieformalnego środowiska wspierającego osoby z niepełnosprawnością ruchową. Postanowiłem odpowiedzieć na to zaproszenie i wysłałem parę słów od siebie, mimo że sam nie jestem osobą niepełnosprawną.  Opisałem historię Wojtka, tak jak ja ją wówczas widziałem. Okazało się, że z 215 nadesłanych prac wybrano 27, które zostały opublikowane przez Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne w tomiku zatytułowanym "Przełom tysiąclecia" . Wśród tych 27 prac znalazł się mój "Kokon".




Nie czytałem tego 15 lat. Moje egzemplarze wciągnął w siebie wir rozlicznych przeprowadzek i życiowych burz. Wczoraj udało mi się zdobyć jeden egzemplarz. Myślałem, że będę się czuł zażenowany czytając to. Nic podobnego! Mimo momentami pojawiających się na zamianę naiwności i egzaltacji młodego człowieka czytało mi się to dobrze. Postanowiłem się moją opowieścią po latach również z Wami podzielić... Enjoy :)






Warszawa, jesień 1999

„…żeby widzieć naprawdę, zamykają oczy…”
  • Ks. Jan Twardowski


Kokon


Był sobie kokon. Wewnątrz kokonu żył sobie człowiek. Żył sobie. Tak myślał. Taka również była świadomość publicznej opinii w małej wiosce pod średniej wielkości miastem, gdzie mieszkał ów człowiek. Po co i dla kogo żyć może taki ktoś, tylko na nieszczęście sobie i jako ciężar dla najbliższych. Zjednoczone siły szeptów, spojrzeń spode łba i wskazujących palców z zadziwiającą precyzją wykonać potrafiły kokon, którym szczelnie owinięty człowiek rozpoczął życie sobie, polegające na niedopuszczaniu do siebie nikogo. Bez powodu. A właściwie z powodu samego tylko kokonu, który, znienawidzony, przynosił jednak namiastkę poczucia niezagrożenia - mowy nie ma o bezpieczeństwie w kokonie. Twórcy kokonu troszczą się o to, by bezpiecznie być nie mogło. Starannie budują stan zagrożenia sprawiając, że jedynym ludzkim uczuciem w kokonie jest strach. Przez lata narastający strach.Najbardziej przeraża świadomość, że kokon tworzący nie są tego świadomi. Jedni, powodowani litością, nie chcą nikogo urazić choćby spojrzeniem. Inni wmawiają sobie, że kontakt z niepełnosprawnym wymaga znajomości jakiegoś specjalnego języka, jeszcze inni wolą uciec przed pytaniem o to kim jest człowiek. Wszyscy w ten sposób pozbawiają tego, co jak powietrze i woda, tego, co jak chleb konieczne jest do życia - najzwyklejszego, prostego kontaktu z drugim człowiekiem. W zamian dają kokon.

Początkowo tego nie rozumiał, cieszył się słońcem i powietrzem. Nie tęsknił za tym, żeby chodzić, biegać - nigdy nie poznał jak to jest więc i tęsknić nie było za czym. Aż przyszedł czas, gdy uświadomił sobie, iż fakt, że nie chodzi, że jego wygląd odbiega od normy (tak jakby wygląd czyjkolwiek mógł być w normy zamknięty) przeszkadza wielu jak każda inność. Tak zrodził się kokon, który odtąd coraz ciaśniej otulał jego serce i umysł. Żył, ale sobie. Wiemy dobrze - sobie żyć się nie da. Żyje się komuś. Czuł to, wiedział - nic nie potrafił zrobić. Człowiek sam. Sam człowiek. Zniknął. W sobie. Nie wierzył, że kiedyś się pojawi…

To był lipiec. Słoneczny, przejrzysty i żółto-niebieski. Jak co roku przyjechałem do przyjaciół, dla przyjaciół. Uśmiech sam pojawiał się na twarzy, oczy błyszczały na widok kilkudziesięciu inwalidzkich wózków niosących na swych barkach tych wszystkich moich nauczycieli pokory, słów nieużywających wskaźników tego, co ważne. Rzuciłem się w fale uścisków i spojrzeń radosnych, w morze na chwilę wygasłej tęsknoty. Znów mogliśmy być razem - my! Nie oni i my, ale MY! Ludzie po prostu. Czas powitania to czas pierwszej kąpieli w ich uzdrowieńczej mocy, której nie mają świadomości. Paradoksalnie kilka lat wczesniej to właśnie oni nauczyli mnie żyć - oni, a nie piękny, wyprostowany świat z dobrą radą na każdą okazję.

Zauważyłem kilka nowych osób, jak co roku. Poszedłem przywitać się również z nimi. Nagle przykuł mój wzrok. On. Bylo w nim coś, co po latach, gdy wspominam to pierwsze z nim spotkanie, nazwałem kokonem. Obserwowałem go uważnie przez kilka pierwszych dni. Kokon. Próbowałem porozmawiać. Kokon. Opornie mi szło przecinanie tego, co przez ponad trzydzieści długich lat narosło. Powoli wyciągałem z niego pojedyncze słowa, potem zdania, aż wreszcie człowiek w kokonie zaczął się dusić. Sam od wewnątrz, mocując się ze sobą, rozdzierał, zrzucał z siebie to, co uciskało, a co jak myślał było naturalne. Kłamstwo tysiąc razy powtarzane…
Uparcie sam w sobie zechciał doszukać się o sobie prawdy, pozwolił byśmy razem mogli pytać się wzajemnie o najważniejsze, o prawdę o życiu, prawdę o człowieku… „Powiedz mi - pytał - czy człowiek taki jak ja, no wiesz, potrafi prawdziwie się cieszyć?” Czy człowiek taki jak ja… jaki? Usiadłem na innym wózku naprzeciw niego. Spojrzałem mu w twarz i tak zaczęła się nasza pierwsza rozmowa. Tak zaczął padać deszcz i wiać wiatr, który oczyszczał powoli. Nie była to prosta wymiana zdań ani dobre rady typu: „Stary nie przejmuj się - jutro będzie lepiej…” Ja sam odpowiadałem sobie na pytania przez niego zadawane. Dlaczego cierpię? Dlaczego właśnie ja? Dlaczego muszę w prawie każdej sytuacji być od kogoś zależnym? Dlaczego tak często nie chce mi się żyć? Dlaczego nigdy nie będę miał kobiety, rodziny… Dlaczego… Dlaczego… Dlaczego… Dlaczego nie mam prawa normalnie żyć?

Na większość pytań potrafiłem udzielić jedynej odpowiedzi, jaka przychodziła mi do głowy: nie wiem… Tak to chyba już jest. Z drugiej strony rodziły się pytania o to, czym jest normalnie żyć. Co to oznacza? Trudno mówić o życia normie, bo tak naprawdę życie każde jest inne. Przecież to właśnie nasze bogactwo. Życie różne od innego życia. 

Powiedziałem mu, że dotychczas być może nie natrafił na tych, z których zrodzić by mogła się przyjaźń, że jest wiele winy po jego stronie, bo nie sposób szukać w nocy igły w stogu siana. Przyjaźń jest jak igła - jego kokon noc. Nie najlepsze to do szczęścia połączenie. Noc kokonu nie on jednak nad swoim rozpostarł życiem. Na naszych drogach zdarzają się ludzie przerażeni, głupi albo źli. Pierwiastek kokonotwórczy. Ale na boga, niech tam! Niech żyją sobie, niech się bogacą, niech trofeami z codziennych bitew i zabójstw, jakich dokonują, za wszelką cenę starają się ukryć swoją nędzę. Ty jesteś piękny, bo jesteś człowiekiem. Fakt - człowiek to fakt - wartość. Nie może stanowić o niej to, jak wyglądasz, co robisz, gdzie żyjesz. Wartością jesteś sam w sobie. Potęgą jesteś, człowiekiem… To co ma się, to co się posiada, a więc zgrabne nogi czy samochód, jędrne ciało czy mieszkanie w bloku to przypadłość. Istotą jest twoje człowiekiem bycie. Twój duch. Twoje serce. Wszystko co masz, jest w Twoim sercu. To masz prawdziwie. Tylko to…

Spędziliśmy ze sobą dwa tygodnie, tydzień przerwy, dwa dni, tydzień przerwy, dwa tygodnie. Potem musieliśmy się rozstać na dłużej. Bardzo już inni. Ja o niego bogatszy, On bogatszy o nas, o zupełnie nieoczekiwane doświadczenie komunii z drugim człowiekiem. Zmienił się. Kokon wyrzucił na śmietnik życia…

Kiedyś odwiedziłem go w jego domu. Pokazał mi coś czym zajmował się przez większość czasu spędzonego w kokonie, jedyną dni tamtych radość. Brałem do rąk kawałki drewna, z których on wyczarowywał twarze, figury. Były też rzeźby z wyżyn abstrakcji. Spojrzałem na jego całkiem bezwładne ciało, na ręce, którymi z trudnością poruszał. Widziałem i nie wierzyłem. Nie o to chodzi, że nie wierzyłem w to, co widziałem, bo trudno nie wierzyć w widzialne. Nie wierzyłem, że taki talent ktoś zamknął w klatce na tyle lat. Pomyślałem wtedy, że tworzy się fundusze rehabilitacji osób niepełnosprawnych, kupuje dla nich samochody, wózki, opłaca się terapie zajęciowe - to dobrze, to bardzo dobrze, ale kto utworzy fundusz rehabilitacji zranień po wieloletnim przebywaniu w kokonie? Kto i w jaki sposób ogłosi amnestię dla więźniów tzw. domów pomocy społecznej uwięzionych za karę, że dopuścili się zbrodni innego wyglądu, innej wrażliwości. Kto owe więzienia zamieni w domy prawdziwe? My możemy to zrobić. Stworzyć stowarzyszenie międzyludzkich relacji. Relacji człowiek - człowiek, a nie relacji fundusz - poszkodowany, relacji lekarz - pacjent, relacji zdrowy - chory. Chore są właśnie tego typu relacje i chory jest w nich człowiek. Ty i ja - człowiek w nas - odnajdzie radość ze wspólnego przeżywania dni i nieważne, że ty gdzieś tu, a ja gdzieś tam.. Jesteś - jestem. To ważne. To istotne. A cala reszta… reszty nie trzeba…

Szmat czasu nie widzieliśmy się. Pamiętam tylko dochodzące o nim sygnały. Dwa tygodnie spędził z innymi w Gdyni, w Ciechocinku wystawiał rzeźby na wernisażu swoim i pewnego włocławskiego niepełnosprawnego malarza - surrealisty. Był tu, był tam, gościł wielu przyjaciół w domu swoim, telefon się rozdzwonił. Żył.

Po kilku latach zapragnąłem odwiedzić go znów. Nie było go w domu. „Tak rzadko teraz bywa - skarżyła się matka - tyle, co na noc”. Pojechałem tam, gdzie spędzał ostatnio większość swego czasu. W mieście, wraz z nowymi przyjaciółmi uczył się jak zaczarowywać rzeczywistość wirtualnie. Komputer stał się jego kolejną pasją. Okazało się jednak, że nie tylko komputer kazał mu spędzać w tym miejscu każdą chwilę…

Ucieszył się na mój widok. Powitania, uścisk dłoni. Patrzyłem na niego, ale to nie był już tamten On. Dowcipny, czasem wilde’owsko złośliwy. Zaprosił mnie na herbatę, zorganizował jakieś ciasto. Po obowiązkowych opowieściach na temat tego, co wydarzyło się od ostatniego spotkania długo patrzyliśmy na siebie. Zaczęliśmy rozmawiać. Udowodnił jak wiele się zmieniło. Oto ten, który niegdyś z trudem potrafił wykrztusić z siebie słowo. teraz gadał i gadał i nagadać się nie mógł. Mówił mi o swych planach na przyszłość, o kursie komputerowym, o tym co fascynuje w tworzeniu grafiki. Ot, całkiem normalne człowiecze gadanie o niczym, czyli wszystkim. Czułem jednak, że chce mnie o coś zapytać. Zawsze będę to pytanie pamiętał: „Powiedz mi, czy człowiek taki jak ja, no wiesz, może się zakochać, mieć rodzinę?” Rozum podpowiadał: NIE! Nie próbuj, unikniesz bólu, poczucia odrzucenia. Spojrzałem w niebo, na niego i zobaczyłem niebo w jego oczach. Mądry spokojny człowiek czekał na rzeczową odpowiedź. „Oczywiście, że tak - odpowiedziałem, z lekkim zdziwieniem wsłuchując się w swój własny głos - do tego każdy ma prawo”. Uśmiechnął się. „Pamiętasz tę dziewczynę, która podała nam ciasto? - zapytał - Jest niewidoma. To właśnie ONA. Chcemy być razem - powiedział”

Rok później otrzymałem zawiadomienie o ślubie. „Dopiął swego - pomyślałem - Szczęściarz!”

A co z głównym bohaterem opowieści? Co z kokonem? Ten, o którym mowa, zapomniany, bezużyteczny leży gdzieś zakurzony w otchłani złych wspomnień.

Ten, o którym mowa…


***

P.S. Pierwszym, najważniejszym krokiem, a bywa, że jedynym sposobem odnalezienia się w życiu przez kogokolwiek, jest możliwość przeżywania dni w poczuciu bezpieczeństwa wynikającego z akceptacji przez otoczenie. Akceptacja drugiego człowieka takim jakim jest, to umożliwienie mu budowania z kimś i dal kogoś, nadania życiu treści. Forma owego wsólnego życia jest oczywiście wartością drugorzędną.

Wszystkim tym, którzy bezmyślnie i bezserdecznie tworzą kokon wokół życia innych ludzi życzę kolorowych snów.

Koniec



sobota, 1 listopada 2014

Bez nich nie byłoby Ciebie...

Myślę, że naprawdę się zmieniam.
Jeszcze niedawno Święto Zmarłych i inne święta kojarzyły mi się z komerchą ( ostatnio często słyszałam to słowo przy okazji wczorajszego Halloween) nudą, jakimiś nie wiadomo po co i na co super poważnymi minami, zadęciem. Wkurzały mnie tłumy ciągnące na cmentarz, który w każdy inny dzień świeci pustkami. Rodzinne spędy, ładne, wyprasowane ubranka, szopka.

Dziś myślę, że takie dni są ważne. Tak, nawet takie dni jak wczorajszy Halloween.
Przecież to wszystko od nas zależy co i jak przeżywamy...

W życiu musi być miejsce na wszystko, równowaga - to jest coś. I tak jak miłość ma swoje oblicza - gwałtowne, porywcze i to romantyczne, liryczne, tak mówienie o tych, którzy odeszli i przeżywanie śmierci, duchowości też takie może być. Wczoraj bawiliśmy się wycinając dynię i słuchaliśmy piosenek o duchach, dzieciaki były przebrane. Było wesoło.
Dziś jest już inny dzień, bardziej refleksyjny. My sami, chcąc nie chcąc popadamy w zadumę...

Nie wyobrażam sobie póki co rozmowy z niespełna dwulatkiem o śmierci czy o przodkach.
Póki co jest to temat odległy. Jednak wiem, szczególnie w perspektywie choroby Bruna i tego, że osoby chore na mukowiscydozę odchodzą częstokroć dużo wcześniej niż ich równieśnicy, ten temat na pewno niebawem się pojawi...

Mogę mu jednak opowiadać o rodzinie. O Babciach, Dziadku i innych... Wiem, że to ważne.
Chociaż jesteśmy daleko od siebie, dobrze by miał świadomość, że ma jeszcze dużo bliskich osób...

Dziś jeszcze pozostaję ze swoimi myślami, tymi zbyt dorosłymi, sama. Ewentualnie dzielę się nimi z Czarkiem. Myślę o tym, że jestem daleko od rodzinnego domu, gdzie mieszkają moi bliscy, gdzie spoczywają zmarli.

Myślę o nich i lubię te myśli. Pamiętam, że będąc dzieckiem fascynowały mnie historie Babć i Dziadka o ich życiu, dzieciństwie, o przodkach, którzy zmarli dawno przed moim urodzeniem.
Czuję niedosyt, ciekawią mnie takie opowieści... Moja historia i moje życie nabierają głębi. Myślę sobie, że przecież gdyby nie Ci wszyscy ludzie, nie byłoby mnie, Bruna... Za to należy im się szacunek i dalsze przekazywanie tych opowieści kolejnym pokoleniom... To kim byli oni, jak żyli, jaki mieli charakter może wiele powiedzieć o nas samych, a podobieństwa sprawiają, że czujemy z nimi mocną więź, chociaż z niektórymi nie dane było się poznać...

I zazdroszczę trochę Czarkowi, kiedy opowiada o tym, jak w jego rodzinnym domu świętowało się pierwszego listopada... Ten wspólny stół i opowieści o przodkach to jest coś, co chcę by stało się tradycją w naszym wspólnym domu. Nie jesteśmy wierzący, ten dzień ma dla nas inny wymiar. Jest to taki sam dzień jak ten wczorajszy, nie jest żadnym świętem.
Ale przeżywamy go, na swój sposób.

Bruno jest przeziębiony, więc nie pójdziemy na cmentarz razem, jak w tamtym roku.
Dziś pobiegnę na otwocki, obcy nam cmentarz razem z Mamą.
Zapalimy symboliczny znicz, zatopimy się w myślach.

Za chwilę, usiądziemy z dziećmi do obiadu, przy stole. W ten weekend jest z nami Amelka. Mam nadzieję wysłuchać paru opowieści Czarka o jego rodzinie, chociaż wiele już znam. W końcu rozmawiamy często... Najlepiej słucha się tych zabawnych, wtedy nie ważne jest, że się już zna tę historię na pamięć...

I o to właśnie chodzi. Pamiętamy, bo przecież sami chcemy by i o nas pamiętano...

Zdjęcie pochodzi ze strony www.ptp.tarnow.opoka.org.pl