środa, 26 listopada 2014

Kokon

15 lat temu Fundacja Aktywnej Rehabilitacji wspólnie z dziennikiem "Rzeczpospolita" i radiową "Trójką" zaprosiły osoby niepełnosprawne do podzielenia się swoją historią dotyczącą wychodzenia z niepełnosprawności. Nie tego fizycznego wychodzenia, bo to najczęściej nie jest możliwe, ale tego które umożliwia przezywanie życia w pełni pomimo niepełnosprawności. 
Przed laty, te 15 lat temu również, bylem mocno zaangażowany w aktywność pewnego zupełnie nieformalnego środowiska wspierającego osoby z niepełnosprawnością ruchową. Postanowiłem odpowiedzieć na to zaproszenie i wysłałem parę słów od siebie, mimo że sam nie jestem osobą niepełnosprawną.  Opisałem historię Wojtka, tak jak ja ją wówczas widziałem. Okazało się, że z 215 nadesłanych prac wybrano 27, które zostały opublikowane przez Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne w tomiku zatytułowanym "Przełom tysiąclecia" . Wśród tych 27 prac znalazł się mój "Kokon".




Nie czytałem tego 15 lat. Moje egzemplarze wciągnął w siebie wir rozlicznych przeprowadzek i życiowych burz. Wczoraj udało mi się zdobyć jeden egzemplarz. Myślałem, że będę się czuł zażenowany czytając to. Nic podobnego! Mimo momentami pojawiających się na zamianę naiwności i egzaltacji młodego człowieka czytało mi się to dobrze. Postanowiłem się moją opowieścią po latach również z Wami podzielić... Enjoy :)






Warszawa, jesień 1999

„…żeby widzieć naprawdę, zamykają oczy…”
  • Ks. Jan Twardowski


Kokon


Był sobie kokon. Wewnątrz kokonu żył sobie człowiek. Żył sobie. Tak myślał. Taka również była świadomość publicznej opinii w małej wiosce pod średniej wielkości miastem, gdzie mieszkał ów człowiek. Po co i dla kogo żyć może taki ktoś, tylko na nieszczęście sobie i jako ciężar dla najbliższych. Zjednoczone siły szeptów, spojrzeń spode łba i wskazujących palców z zadziwiającą precyzją wykonać potrafiły kokon, którym szczelnie owinięty człowiek rozpoczął życie sobie, polegające na niedopuszczaniu do siebie nikogo. Bez powodu. A właściwie z powodu samego tylko kokonu, który, znienawidzony, przynosił jednak namiastkę poczucia niezagrożenia - mowy nie ma o bezpieczeństwie w kokonie. Twórcy kokonu troszczą się o to, by bezpiecznie być nie mogło. Starannie budują stan zagrożenia sprawiając, że jedynym ludzkim uczuciem w kokonie jest strach. Przez lata narastający strach.Najbardziej przeraża świadomość, że kokon tworzący nie są tego świadomi. Jedni, powodowani litością, nie chcą nikogo urazić choćby spojrzeniem. Inni wmawiają sobie, że kontakt z niepełnosprawnym wymaga znajomości jakiegoś specjalnego języka, jeszcze inni wolą uciec przed pytaniem o to kim jest człowiek. Wszyscy w ten sposób pozbawiają tego, co jak powietrze i woda, tego, co jak chleb konieczne jest do życia - najzwyklejszego, prostego kontaktu z drugim człowiekiem. W zamian dają kokon.

Początkowo tego nie rozumiał, cieszył się słońcem i powietrzem. Nie tęsknił za tym, żeby chodzić, biegać - nigdy nie poznał jak to jest więc i tęsknić nie było za czym. Aż przyszedł czas, gdy uświadomił sobie, iż fakt, że nie chodzi, że jego wygląd odbiega od normy (tak jakby wygląd czyjkolwiek mógł być w normy zamknięty) przeszkadza wielu jak każda inność. Tak zrodził się kokon, który odtąd coraz ciaśniej otulał jego serce i umysł. Żył, ale sobie. Wiemy dobrze - sobie żyć się nie da. Żyje się komuś. Czuł to, wiedział - nic nie potrafił zrobić. Człowiek sam. Sam człowiek. Zniknął. W sobie. Nie wierzył, że kiedyś się pojawi…

To był lipiec. Słoneczny, przejrzysty i żółto-niebieski. Jak co roku przyjechałem do przyjaciół, dla przyjaciół. Uśmiech sam pojawiał się na twarzy, oczy błyszczały na widok kilkudziesięciu inwalidzkich wózków niosących na swych barkach tych wszystkich moich nauczycieli pokory, słów nieużywających wskaźników tego, co ważne. Rzuciłem się w fale uścisków i spojrzeń radosnych, w morze na chwilę wygasłej tęsknoty. Znów mogliśmy być razem - my! Nie oni i my, ale MY! Ludzie po prostu. Czas powitania to czas pierwszej kąpieli w ich uzdrowieńczej mocy, której nie mają świadomości. Paradoksalnie kilka lat wczesniej to właśnie oni nauczyli mnie żyć - oni, a nie piękny, wyprostowany świat z dobrą radą na każdą okazję.

Zauważyłem kilka nowych osób, jak co roku. Poszedłem przywitać się również z nimi. Nagle przykuł mój wzrok. On. Bylo w nim coś, co po latach, gdy wspominam to pierwsze z nim spotkanie, nazwałem kokonem. Obserwowałem go uważnie przez kilka pierwszych dni. Kokon. Próbowałem porozmawiać. Kokon. Opornie mi szło przecinanie tego, co przez ponad trzydzieści długich lat narosło. Powoli wyciągałem z niego pojedyncze słowa, potem zdania, aż wreszcie człowiek w kokonie zaczął się dusić. Sam od wewnątrz, mocując się ze sobą, rozdzierał, zrzucał z siebie to, co uciskało, a co jak myślał było naturalne. Kłamstwo tysiąc razy powtarzane…
Uparcie sam w sobie zechciał doszukać się o sobie prawdy, pozwolił byśmy razem mogli pytać się wzajemnie o najważniejsze, o prawdę o życiu, prawdę o człowieku… „Powiedz mi - pytał - czy człowiek taki jak ja, no wiesz, potrafi prawdziwie się cieszyć?” Czy człowiek taki jak ja… jaki? Usiadłem na innym wózku naprzeciw niego. Spojrzałem mu w twarz i tak zaczęła się nasza pierwsza rozmowa. Tak zaczął padać deszcz i wiać wiatr, który oczyszczał powoli. Nie była to prosta wymiana zdań ani dobre rady typu: „Stary nie przejmuj się - jutro będzie lepiej…” Ja sam odpowiadałem sobie na pytania przez niego zadawane. Dlaczego cierpię? Dlaczego właśnie ja? Dlaczego muszę w prawie każdej sytuacji być od kogoś zależnym? Dlaczego tak często nie chce mi się żyć? Dlaczego nigdy nie będę miał kobiety, rodziny… Dlaczego… Dlaczego… Dlaczego… Dlaczego nie mam prawa normalnie żyć?

Na większość pytań potrafiłem udzielić jedynej odpowiedzi, jaka przychodziła mi do głowy: nie wiem… Tak to chyba już jest. Z drugiej strony rodziły się pytania o to, czym jest normalnie żyć. Co to oznacza? Trudno mówić o życia normie, bo tak naprawdę życie każde jest inne. Przecież to właśnie nasze bogactwo. Życie różne od innego życia. 

Powiedziałem mu, że dotychczas być może nie natrafił na tych, z których zrodzić by mogła się przyjaźń, że jest wiele winy po jego stronie, bo nie sposób szukać w nocy igły w stogu siana. Przyjaźń jest jak igła - jego kokon noc. Nie najlepsze to do szczęścia połączenie. Noc kokonu nie on jednak nad swoim rozpostarł życiem. Na naszych drogach zdarzają się ludzie przerażeni, głupi albo źli. Pierwiastek kokonotwórczy. Ale na boga, niech tam! Niech żyją sobie, niech się bogacą, niech trofeami z codziennych bitew i zabójstw, jakich dokonują, za wszelką cenę starają się ukryć swoją nędzę. Ty jesteś piękny, bo jesteś człowiekiem. Fakt - człowiek to fakt - wartość. Nie może stanowić o niej to, jak wyglądasz, co robisz, gdzie żyjesz. Wartością jesteś sam w sobie. Potęgą jesteś, człowiekiem… To co ma się, to co się posiada, a więc zgrabne nogi czy samochód, jędrne ciało czy mieszkanie w bloku to przypadłość. Istotą jest twoje człowiekiem bycie. Twój duch. Twoje serce. Wszystko co masz, jest w Twoim sercu. To masz prawdziwie. Tylko to…

Spędziliśmy ze sobą dwa tygodnie, tydzień przerwy, dwa dni, tydzień przerwy, dwa tygodnie. Potem musieliśmy się rozstać na dłużej. Bardzo już inni. Ja o niego bogatszy, On bogatszy o nas, o zupełnie nieoczekiwane doświadczenie komunii z drugim człowiekiem. Zmienił się. Kokon wyrzucił na śmietnik życia…

Kiedyś odwiedziłem go w jego domu. Pokazał mi coś czym zajmował się przez większość czasu spędzonego w kokonie, jedyną dni tamtych radość. Brałem do rąk kawałki drewna, z których on wyczarowywał twarze, figury. Były też rzeźby z wyżyn abstrakcji. Spojrzałem na jego całkiem bezwładne ciało, na ręce, którymi z trudnością poruszał. Widziałem i nie wierzyłem. Nie o to chodzi, że nie wierzyłem w to, co widziałem, bo trudno nie wierzyć w widzialne. Nie wierzyłem, że taki talent ktoś zamknął w klatce na tyle lat. Pomyślałem wtedy, że tworzy się fundusze rehabilitacji osób niepełnosprawnych, kupuje dla nich samochody, wózki, opłaca się terapie zajęciowe - to dobrze, to bardzo dobrze, ale kto utworzy fundusz rehabilitacji zranień po wieloletnim przebywaniu w kokonie? Kto i w jaki sposób ogłosi amnestię dla więźniów tzw. domów pomocy społecznej uwięzionych za karę, że dopuścili się zbrodni innego wyglądu, innej wrażliwości. Kto owe więzienia zamieni w domy prawdziwe? My możemy to zrobić. Stworzyć stowarzyszenie międzyludzkich relacji. Relacji człowiek - człowiek, a nie relacji fundusz - poszkodowany, relacji lekarz - pacjent, relacji zdrowy - chory. Chore są właśnie tego typu relacje i chory jest w nich człowiek. Ty i ja - człowiek w nas - odnajdzie radość ze wspólnego przeżywania dni i nieważne, że ty gdzieś tu, a ja gdzieś tam.. Jesteś - jestem. To ważne. To istotne. A cala reszta… reszty nie trzeba…

Szmat czasu nie widzieliśmy się. Pamiętam tylko dochodzące o nim sygnały. Dwa tygodnie spędził z innymi w Gdyni, w Ciechocinku wystawiał rzeźby na wernisażu swoim i pewnego włocławskiego niepełnosprawnego malarza - surrealisty. Był tu, był tam, gościł wielu przyjaciół w domu swoim, telefon się rozdzwonił. Żył.

Po kilku latach zapragnąłem odwiedzić go znów. Nie było go w domu. „Tak rzadko teraz bywa - skarżyła się matka - tyle, co na noc”. Pojechałem tam, gdzie spędzał ostatnio większość swego czasu. W mieście, wraz z nowymi przyjaciółmi uczył się jak zaczarowywać rzeczywistość wirtualnie. Komputer stał się jego kolejną pasją. Okazało się jednak, że nie tylko komputer kazał mu spędzać w tym miejscu każdą chwilę…

Ucieszył się na mój widok. Powitania, uścisk dłoni. Patrzyłem na niego, ale to nie był już tamten On. Dowcipny, czasem wilde’owsko złośliwy. Zaprosił mnie na herbatę, zorganizował jakieś ciasto. Po obowiązkowych opowieściach na temat tego, co wydarzyło się od ostatniego spotkania długo patrzyliśmy na siebie. Zaczęliśmy rozmawiać. Udowodnił jak wiele się zmieniło. Oto ten, który niegdyś z trudem potrafił wykrztusić z siebie słowo. teraz gadał i gadał i nagadać się nie mógł. Mówił mi o swych planach na przyszłość, o kursie komputerowym, o tym co fascynuje w tworzeniu grafiki. Ot, całkiem normalne człowiecze gadanie o niczym, czyli wszystkim. Czułem jednak, że chce mnie o coś zapytać. Zawsze będę to pytanie pamiętał: „Powiedz mi, czy człowiek taki jak ja, no wiesz, może się zakochać, mieć rodzinę?” Rozum podpowiadał: NIE! Nie próbuj, unikniesz bólu, poczucia odrzucenia. Spojrzałem w niebo, na niego i zobaczyłem niebo w jego oczach. Mądry spokojny człowiek czekał na rzeczową odpowiedź. „Oczywiście, że tak - odpowiedziałem, z lekkim zdziwieniem wsłuchując się w swój własny głos - do tego każdy ma prawo”. Uśmiechnął się. „Pamiętasz tę dziewczynę, która podała nam ciasto? - zapytał - Jest niewidoma. To właśnie ONA. Chcemy być razem - powiedział”

Rok później otrzymałem zawiadomienie o ślubie. „Dopiął swego - pomyślałem - Szczęściarz!”

A co z głównym bohaterem opowieści? Co z kokonem? Ten, o którym mowa, zapomniany, bezużyteczny leży gdzieś zakurzony w otchłani złych wspomnień.

Ten, o którym mowa…


***

P.S. Pierwszym, najważniejszym krokiem, a bywa, że jedynym sposobem odnalezienia się w życiu przez kogokolwiek, jest możliwość przeżywania dni w poczuciu bezpieczeństwa wynikającego z akceptacji przez otoczenie. Akceptacja drugiego człowieka takim jakim jest, to umożliwienie mu budowania z kimś i dal kogoś, nadania życiu treści. Forma owego wsólnego życia jest oczywiście wartością drugorzędną.

Wszystkim tym, którzy bezmyślnie i bezserdecznie tworzą kokon wokół życia innych ludzi życzę kolorowych snów.

Koniec



sobota, 1 listopada 2014

Bez nich nie byłoby Ciebie...

Myślę, że naprawdę się zmieniam.
Jeszcze niedawno Święto Zmarłych i inne święta kojarzyły mi się z komerchą ( ostatnio często słyszałam to słowo przy okazji wczorajszego Halloween) nudą, jakimiś nie wiadomo po co i na co super poważnymi minami, zadęciem. Wkurzały mnie tłumy ciągnące na cmentarz, który w każdy inny dzień świeci pustkami. Rodzinne spędy, ładne, wyprasowane ubranka, szopka.

Dziś myślę, że takie dni są ważne. Tak, nawet takie dni jak wczorajszy Halloween.
Przecież to wszystko od nas zależy co i jak przeżywamy...

W życiu musi być miejsce na wszystko, równowaga - to jest coś. I tak jak miłość ma swoje oblicza - gwałtowne, porywcze i to romantyczne, liryczne, tak mówienie o tych, którzy odeszli i przeżywanie śmierci, duchowości też takie może być. Wczoraj bawiliśmy się wycinając dynię i słuchaliśmy piosenek o duchach, dzieciaki były przebrane. Było wesoło.
Dziś jest już inny dzień, bardziej refleksyjny. My sami, chcąc nie chcąc popadamy w zadumę...

Nie wyobrażam sobie póki co rozmowy z niespełna dwulatkiem o śmierci czy o przodkach.
Póki co jest to temat odległy. Jednak wiem, szczególnie w perspektywie choroby Bruna i tego, że osoby chore na mukowiscydozę odchodzą częstokroć dużo wcześniej niż ich równieśnicy, ten temat na pewno niebawem się pojawi...

Mogę mu jednak opowiadać o rodzinie. O Babciach, Dziadku i innych... Wiem, że to ważne.
Chociaż jesteśmy daleko od siebie, dobrze by miał świadomość, że ma jeszcze dużo bliskich osób...

Dziś jeszcze pozostaję ze swoimi myślami, tymi zbyt dorosłymi, sama. Ewentualnie dzielę się nimi z Czarkiem. Myślę o tym, że jestem daleko od rodzinnego domu, gdzie mieszkają moi bliscy, gdzie spoczywają zmarli.

Myślę o nich i lubię te myśli. Pamiętam, że będąc dzieckiem fascynowały mnie historie Babć i Dziadka o ich życiu, dzieciństwie, o przodkach, którzy zmarli dawno przed moim urodzeniem.
Czuję niedosyt, ciekawią mnie takie opowieści... Moja historia i moje życie nabierają głębi. Myślę sobie, że przecież gdyby nie Ci wszyscy ludzie, nie byłoby mnie, Bruna... Za to należy im się szacunek i dalsze przekazywanie tych opowieści kolejnym pokoleniom... To kim byli oni, jak żyli, jaki mieli charakter może wiele powiedzieć o nas samych, a podobieństwa sprawiają, że czujemy z nimi mocną więź, chociaż z niektórymi nie dane było się poznać...

I zazdroszczę trochę Czarkowi, kiedy opowiada o tym, jak w jego rodzinnym domu świętowało się pierwszego listopada... Ten wspólny stół i opowieści o przodkach to jest coś, co chcę by stało się tradycją w naszym wspólnym domu. Nie jesteśmy wierzący, ten dzień ma dla nas inny wymiar. Jest to taki sam dzień jak ten wczorajszy, nie jest żadnym świętem.
Ale przeżywamy go, na swój sposób.

Bruno jest przeziębiony, więc nie pójdziemy na cmentarz razem, jak w tamtym roku.
Dziś pobiegnę na otwocki, obcy nam cmentarz razem z Mamą.
Zapalimy symboliczny znicz, zatopimy się w myślach.

Za chwilę, usiądziemy z dziećmi do obiadu, przy stole. W ten weekend jest z nami Amelka. Mam nadzieję wysłuchać paru opowieści Czarka o jego rodzinie, chociaż wiele już znam. W końcu rozmawiamy często... Najlepiej słucha się tych zabawnych, wtedy nie ważne jest, że się już zna tę historię na pamięć...

I o to właśnie chodzi. Pamiętamy, bo przecież sami chcemy by i o nas pamiętano...

Zdjęcie pochodzi ze strony www.ptp.tarnow.opoka.org.pl

piątek, 31 października 2014

Cukierek albo psikus!

Nie bardzo rozumiem z jakiego powodu niewinna zabawa z użyciem bogu ducha winnych dyń budzi tyle emocji.
Jedni twierdzą, że to sztuczne zapożyczenie z tradycji anglo-saskiej, kolejna obok walentynek próba wyciągania pieniędzy od naiwnych. Komercja, Panie! 

Drudzy straszą koniecznością egzorcyzmów, bo to przecież przyciąganie złych duchów zza światów, wciskanie się na siłę w objęcia samego lucyfera. 

Szanowni, a czy ktokolwiek z Was zapytał sam siebie co wie na temat kultywowanych w Polsce tradycji? 
Palenie zniczy na grobach? Choinka na Boże Narodzenie? Pisanki wielkanocne?

Co łączy te tradycje z Halloween? 

Po pierwsze wszystkie wywodzą się z czasów przedchrześcijańskich (te ostatnie zostały tylko przez wyznawców Chrystusa przejęte). Tradycja palenia zniczy pochodzi z kultury Słowian i Bałtów, w której dwa dni w roku obchodzono tzw. „Dziady” (pamiętamy z Mickiewicza?). Dziady przypadały dwukrotnie w ciągu roku.  Na wiosnę i jesień. Te jesienne  ściśle wiązały się z kultem zmarłych. Organizowano wtedy rodzinne uczty mające na celu zdobycie przychylności umarłych i uchronienie ich przed głodem w zaświatach. Ogień był bardzo ważnym elementem tych świąt. Symbolizował życie po śmierci. Był postrzegany jako potężna i pierwotna siła. Przy drogach palono ogniska, aby duchy mogły łatwo odnaleźć drogę do swych domów. Ogień palono także na cmentarzach w celu ogrzania dusz zmarłych oraz odstraszenia upiorów. 

Podobnie choinka nie od zawsze była symbolem świąt Bożego Narodzenia. Pierwotnie związana była z przedchrześcijańską tradycją ludową i kultem wiecznie zielonego drzewka. W starożytnym Rzymie dekorowano drzewka metalowymi elementami z okazji święta Saturna.W wielu kulturach drzewo, zwłaszcza iglaste, jest uważane za symbol życia i odradzania się, trwania i płodności. Jako drzewko bożonarodzeniowe, pojawiło się dopiero w XVI wieku,

Pisanki czyli zwyczaj malowania jajek na Wielkanoc wywodzi się z jeszcze starszych przedchrześcijańskich tradycji. Jest związany z prastarymi obyczajami magii. W wierzeniach pogańskich jajko było symbolem sił witalnych, które mogą być dalej przekazywane. Dlatego też używa się jajek w magii, mając na celu pobudzenie ziemi do rodzenia.

Jak widać każda z ważnych tradycji znanych nam dziś, wywodzi się z pogaństwa i jakoś strasznie się ich nie obawiano, skoro Kościół je wszystkie zapożyczył a nawet dla swoich potrzeb zagarnął.

A komercyjny wymiar Halloween? Stroje, dynie itp. 
Naprawdę chcemy ten dzień zestawiać z tym co się wyprawia przed wigilią? 
Czy komukolwiek znane są bardziej komercyjne święta od tych ku czci boga słońca, które katolicy przejęli jako dzień narodzin swojego boga? 

My dziś całą naszą patchworkową rodziną doskonale bawiliśmy się wycinając dziury w dyniach, z których później Monika zrobiła pyszne dyniowe frytki. Nie świętujemy Halloween, nie robimy z powodu tego dnia rodzinnych spędów, po prostu mieliśmy okazję wspólnie spędzić czas angażując dzieci do zabawy. Nie siedzieliśmy przed tv, bo to nie nasz pomysł na świętowanie czegokolwiek.




Więcej luzu moi drodzy, cukierek albo psikus :)




czwartek, 23 października 2014

Strumień mojej świadomości.


Gdzieś na dnie każdego mojego uśmiechu ukryty jest ból...

Chowam go głęboko, przyzwyczajam się do jego obecności... 

Rzeczywistość jednak z uporem maniaka wywleka go raz na jakiś czas, każąc mi się znowu z nim zmierzać...

W przeciągu ostatnich dni zmarło dwoje dzieci, nastolatków chorych na mukowiscydozę. Znałam wirtualnie, śledziłam losy, trzymałam kciuki. 

Od paru dni przewijają się pytania. 
W głowie, w domu, wśród znajomych rodziców dzieci chorych na muko, itd... 
Pytania z serii tych najgorszych, tych na które nie ma odpowiedzi. Pustka w głowie. 

Życie płynie, taka tam moja codzienność. Jem, piję, wychodzę do sklepu, spotykam się ze znajomymi, tankuję auto, wstawiam setne zdjęcie na instagrama, odkurzam mieszkanie, dłubie coś na komputerze, czytam, kąpię dziecko... a gdzieś tam w tle ten upiorny, milczący znak zapytania... 

Co z nami będzie...?

Staram się odpychać złe myśli. Sio!
Z Czarkiem nie rozmawiam ostatnio na "te" tematy dużo. Trochę się boję, że się rozkleję a potem - znam ten schemat - długo zajmuje mi dojście do siebie. 
Twardo tylko i ze złością informuję Czarka, że należy stąd wyjechać, ze względu na chorobę Bruna. 

Obrażona jestem na mój kraj. Na to podwórko na którym rozbijałam kolana, na miasto, które wpisane mam w dowodzie, na tego orzełka, który uparcie chce nasrać mi na głowę. 

Chcę podziękować i wypisać się z tej drużyny w której grają katoliccy lekarze odmawiający przeszczepu mojemu dziecku oraz cała banda wydająca lekką ręką miliony na Świątynie Opatrzności podczas gdy Instytut Matki i Dziecka w której leczy się mój Syn rozpada się na kawałki a dobrzy lekarze uciekają stamtąd jak najdalej, bo sami boją się, że sufit spadnie im na głowę...

Jestem wściekła, bo ten kraj to przecież mój dom. We własnym domu mają mnie w dupie. 

Znak zapytania wisi nadal...Co będzie?

Sama sobie tłumaczę, że przecież nikt z nas nie zna dnia ani godziny. Na świecie jest ból, cierpienie, choroby, ludzie, dzieci umierają. Ty też nie wiesz, co Cię jeszcze czeka. 

Jednak u nas o tyle gorzej, że my wiemy,  co może zabić. Myślimy tylko, żeby jak najpóźniej. Najlepiej nigdy, prawda?
Wiemy ile jeszcze dodatkowych chorób i problemów może dopaść i tak w zasadzie niewiele jesteśmy w stanie zrobić. 

I chociaż staram się żyć pełnią życia, cieszyć się każdym dniem to wciąż czuję tę drzazgę pod paznokciem, prześladuje mnie ten znak zapytania. Nie wiem już - czy być odważną czy ostrożną? Ignorować ten znak zapytania czy dać się mu zeżreć?

Czy może życie toczy się na innej płaszczyźnie, w innym wymiarze? 
Bo przecież gdzieś się trzeba odnaleźć, skoro rozpadł nam się świat "zdrowie najważniejsze"... Co zatem najważniejsze? Czas, uśmiech?

Wciąż pełno we mnie niezgody na tę chorobę. Wciąż w środku mnie trwa walka nadziei ze strachem. Ja sama nie wiem już dlaczego ale czasem głupieję..."po nim nic nie widać" - słyszę często od ludzi. No właśnie, wygląda zdrowo, biega i krzyczy. 
Zdrowy jest.

Nie jest.

W takie dni jak dziś mam tylko jedno cholerne marzenie. Jedno.

Chcę umrzeć jako obrzydliwie stara staruszka a chować ma mnie mój Syn.

Nigdy, przenigdy inaczej. 










poniedziałek, 29 września 2014

Moja droga na Narodowy.

Moja droga na Narodowy zakończyła się wczoraj.
I nie trwała 4:47:51, czyli tyle, ile mój bieg.
Rozpoczęła się dużo wcześniej, w zasadzie od momentu, kiedy podjęłam decyzję, że chcę to zrobić.

Pamiętam, że kiedy przekroczyłam metę 9. Półmaratonu Warszawskiego w marcu tego roku, przemknęła mi przez głowę myśl - jak to możliwe, że da się przebiec maraton? 
Dwa razy tyle kilometrów!
Niesamowite! Niemożliwe!

Dzisiaj, dzień po pokonaniu 42 km i 195 metrów mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem - to jest możliwe! I to jest cholernie piękny wysiłek! Przebiegłam maraton! Ja!

Miesiące ciężkich przygotowań, setki kilometrów w nogach, ciężkie treningi i spokojne wybiegania. Godziny spędzone na bieżni, stadionach, w parkach, lasach, górskich ścieżkach, asfalcie, chodnikach, udeptanych ścieżkach tu i tam, Otwock, Warszawa, Wrocław, Poznań, Solina, Tarnobrzeg, Szwajcaria, Austria, Chorwacja, Teneryfa - nie odpuszczałam niezależnie od tego gdzie byłam -  u rodziny, na wakacjach czy motocyklowym wyjeździe... Pilnowanie diety, podporządkowanie się zasadom, zrzucenie ponad 14 kg ( to nie wszystko na co mnie stać!!!), dyscyplina bo przecież czasem ma się dość i nie chce się nic... Ogromna praca za mną a wczorajszy maraton i jego spokojny przebieg tylko to potwierdziły. Przebiegłam szybciej od zakładanego czasu, nie dopadła mnie ściana, skurcze, kolki, etc.

Chociaż mogło być zupełnie inaczej. Mogłam nie dotrzeć na start! Otóż mój kochany Mąż zrobił mi psikusa i kiedy poprosiłam go nastawienie budzika, nie sprawdził dokładnie na jaki dzień go nastawia ... Okazało się, że alarm był ustawiony na "od poniedziałku do piątku". Oczywiście nic nie zadzwoniło o 5:30 a obudził mnie... Bruno! Synu, znowu Ty ratujesz mi skórę! 6:08...powinnam już jeść śniadanie... Wariactwo! 

Z domu wyjechałam o 6:52, o 7:15 powinnam być już na starcie, by wziąć udział w programie Aktywnie Bardzo, na żywo na antenie Radia Zet. Leciałam pustym Wałem 140 km/h ( ciiichooo...!), a potem od ronda sprintem z bagażami z 1,5 litrową butelką wody w ręku aż do wozu transmisyjnego, który stał przy starcie, na moście. Rozgrzewkę mam za sobą. Uff. Zdążyłam. Powiedziałam parę zdań jako debiutant, a Panrunner jako biegacz z doświadczeniem. Po wywiadzie szybko poleciałam pod Stadion, gdzie z  pozostałymi uczestnikami projektu Czas Debiutanta mieliśmy sesję zdjęciową, sprzedawaliśmy sobie nawzajem kopniaki na szczęście. Potem depozyt, szybkie przygotowanie, wc i na start.

Stojąc w tłumie zapaleńców, takich jak ja, młodszych i dużo, dużo starszych ( szczególnie w mojej strefie czasowej hehe) czułam już podekscytowanie. Nad nami latał helikopter, Przemysław Babiarz odliczał minuty do startu. I słyszę z głośników Sen o Warszawie Niemena. Pierwszy ścisk w żołądku. I ta myśl: Jestem tutaj, robię to! Zaraz się zacznie! Pierwszy strzał, poszli najlepsi. My w drugiej turze. Hop - lecimy! Kolejny raz truchtam sobie po moście Poniatowskiego, wyjątkowy most - z okazji jego 100 lecia, znalazł się na tegorocznym medalu. Biegnę po nim 3 raz, 2 poprzednie razy na półmaratonach. Wieje wiatr, zimno. Wisła pod nami. Kibice dopingują, mijam setki uśmiechniętych twarzy. Miasto stoi. Kolejny ścisk w żołądku. To naprawdę się dzieje?

Biegnę ( ok, to tempo to raczej trucht...:D) z Teresą.  Nie czuję kiedy "łykamy" kolejny kilometr. Peacemaker opowiada nam historię Warszawy, pokazuje ważne budynki, "oprowadza" po kolejnych ulicach. Śmieję się pod nosem, że to wycieczka z trochę szybszym tempem zwiedzania ;) Pierwsze łzy organizatorzy wyciskają z nas ok 11 km ( tak?) w tunelu. Na ustawionych telebimach dzieci trzymają różne napisy typu "Biegnij Mamo, czekam na Ciebie". Kwiczymy, ja przyśpieszam na szczęście Teresa pilnuje. Potem znowu ścisk - kiedy biegniemy przybijając piątki harcerzom  ustawionym w rządku. Każdy z nich krzyczy moje imię. Moc! Na 14 kilometrze dołącza do nas Darek, który będzie o mnie dbał prawie do mety ( ściągną go z trasy tuż przed Stadionem ). Czas mija, słońce świeci, trochę mnie denerwując. Chwilę przyśpieszamy, żeby mieć zapas przed podbiegiem na wiadukt. Słucham rad Darka, głowa w dół. Kolejne podejście na Arbuzowej, zaczynam czuć nogi. Włączam muzykę, moje powersongi. Jest dobrze.

Słuchając rad znacznie bardziej doświadczonych ode mnie udało się przebiec w tempie, bez zatrzymywania z przyśpieszeniem na ostatnich kilometrach. 5 km leciałam przed siebie, tylko jeden wielki facet mnie wyprzedził!  Od 33 kilometra, od kiedy rozbolały mnie nogi było mi ciężko, to był naprawdę wysiłek. Bieg z bólem a do tego stopniowe przyśpieszanie w tym momencie było dla mnie wyzwaniem i to nie tyle fizycznym co psychicznym.

Pamiętam moment już na moście, kiedy zauważyłam obok siebie faceta na wózku inwalidzkim - szarpał koła z ogromną zaciętością, widać po twarzy wysiłek.
Było to przy ostatnim punkcie z wodą, biegliśmy a on jechał po dywanie z kubków.
Przeszkadzały cholernie mi, a co dopiero jemu. A jednak wyprzedzał mnie! 
Totalnie mnie to zmotywowało. Cholera, ja też mogę więcej!

Ostatni kilometr to walka z tym żeby się nie rozbeczeć - zaraz meta! Wbiegając na płytę Stadionu poczułam się naprawdę jak cholerny bohater! Ta chwila i te emocje - po prostu bezcenne!
Ręce uniesione wysoko do góry - zwyciężyłam! Po dwóch latach przerwy ruszyłam dupsko z kanapy i wróciłam do biegania w lutym tego roku. Prawie jakbym zaczynała od początku. Dziś, zaledwie parę miesięcy póżniej, przebiegam przez metę maratonu i śmieję się przez łzy. Padam na kolana, widzę, że ktoś robi mi zdjęcia. Spotykam znajomych, przytulamy się, płaczemy się, skaczemy, śmiejemy, nogi drżą, dopiero teraz czuję jak boli! 
Muszę to rozchodzić i naparzam kółeczka, próba rozciągnięcia mięśni - auuu! Nie mogę! Pić!!! 
Pierwsze minuty za metą to jakiś szał doznań! Tysiące myśli, euforia, zmęczenie. Czuję ciężar medalu, wow, mam to! To nie jest sen!

To mój sukces, walka i zwycięstwo. 
Ale nie zrobiłabym tego sama, bez ogromnego wsparcia... Przede wszystkim Rodziny - Mąż, też i Mama. Dzięki nim mogłam trzymać się założeń, poświęcać godziny na bieganie i siłownię, spotkania grupy. 
A to całe bieganie nie byłoby tak efektywne bez planu i porad trenerów Pawła i Olgi Ochal, bez pomocy dietetyków Darka i Joasi Brzezińskich, wsparcia mentalnego Mateusza z trenerbiegania.pl. 

Nie byłoby sukcesu bez wspólnej drogi wszystkich uczestników projektu Czas Debiutanta, mojej grupy biegowej. Teresa ( razem pokonałyśmy ten maraton, prawie, że ramię w ramię!), Karolina, Martyna, Kornelia, Karina, Adrian, Paweł, Bartłomiej, Bartosz, Dominik - zrobiliśmy to razem!  

Tych wspaniałych, pełnych pasji ludzi nie poznałabym i nic takiego nie wydarzyłoby się bez dziewczyn z Miesięcznika Bieganie - Ani i Aleksandry, ani bez Martyny z Fundacji Maraton Warszwski. Podziękowania należą się również dla Męża Teresy, który wspierał przed startem i na trasie a od 14 kilometra był ze mną Darek - motywował, podawał żele, wodę, mówił kiedy co i jak, i pięknie pociągnął pod koniec! Bez niego pewnie nie uwierzyłabym, że mogę!

Dziękuję Oli i Ilonie z mamyruszamy.pl za kibicowanie na trasie - zobaczcie jak było!

Dodam również, że dziewczyny sprzedają koszulki, cześć dochodu przekażą na konto Bruna w Fundacji MATIO, zobaczcie sami TUTAJ ! Dziewczyny, jesteście cudne! 


Dziękuje wszystkim, którzy we mnie wierzyli - dziewczynom z grupy Biegowe Mamy, moim kochanym Siostrom z klubu Amazons WMC Nomads, bliższej i dalszej rodzinie, przyjaciołom i znajomym. Kiedy dopadało mnie zmęczenie na trasie myślałam o tym, ile ludzi trzyma za mnie kciuki, przecież nie mogłam Was zawieść!

Jednak przede wszystkim ten bieg, wysiłek i ciężką pracę dedykuję mojemu Synkowi. 

Mały brzdącu, nic nie rozumiesz jeszcze i nie miałeś wczoraj zielonego pojęcia co wyrabia Twoja Mama! Byłeś zajęty bieganiem z Babcią po schodach na Stadionie Narodowym. 
Kiedy bawiłeś się w najlepsze ja walczyłam ze swoim ciałem i głową na trasie i myślałam o Tobie!
Dziś niewiele z tego rozumiesz, ale to się zmieni, mam nadzieję, kiedy dorośniesz. 
Nie masz pojęcia, jak wielką motywacją jesteś dla mnie, jak bardzo przez Ciebie zmieniło się moje życie! Z dziewczyny, która prowadzi imprezowy i siedzący tryb życia zamieniłam się w kogoś, kto nie wyobraża sobie życia bez ruchu! Wszystko to, byś Ty dorastał w takiej atmosferze, byś rósł na kogoś, dla kogo sport, wysiłek fizyczny jest naturalnie jednym z elementów codziennego życia. Zdaję sobie sprawę, jak bardzo jest to ważne, przy Twojej chorobie.

Moja przygoda z bieganiem dopiero się zaczyna. To mój pierwszy maraton, mam wielkie pole do popisu, żeby poprawiać swój czas ( chociaż nie jestem jedną z tych osób dla których ma to jakieś kluczowe znaczenie, jednak jakieś ambicje są :D). 

Na pewno nie zrobiłam tego, żeby to zaliczyć i wrócić do "leżingu" na kanapie, o nie.

Zdaję sobie sprawę, że jeszcze wiele maratonów przede mną. 

Tych na zawodach i tych w codziennym życiu...
Jednak po wczorajszym dniu, wiem, że DAM RADĘ przez nie przebiec. 
A jeśli się dobrze przygotuje i będę silna - ciałem i duchem, nie dopadnie mnie kryzys, ściana, nie złamie mnie NIC!

Chcesz zmienić swoje życie - przebiegnij maraton.

Gwarantuje Ci, że lekko zmieni Ci się perspektywa.

No i jeszcze coś - można się potem bezkarnie obżerać tłustą pizzą :D

Ostatnie spotkanie grupy przed maratonem w Hotelu Ibis...



Pakiety startowe - mój i Bruna.

Sobota. Z Brunem przed startem w jego pierwszych zawodach ( 100 metrów!).
Zawodnik lekko zdenerwowany.
Znam to uczucie! ;)

Biegniemy!
Lecimy na metę! Dzień później to była również moja maratońska meta ;)
Mały Bohater Narodowego!

Medal z czekolady bardziej cieszył ;)

Trener podaje zawodnikowi posiłek regeneracyjny po biegu ;)

Z Olą i Iloną, po Biegu Bąbla. To one tak wspaniale dopingowały na 18 kilometrze!
Dieta maratończyka - fajita pasta ;)
Dieta maratończyka c.d ;)
Wszystko przygotowane...
Wieczór przed startem...
Na żywo, na antenie Radia Zet, u Beaty Sadowskiej gościłam wraz z Panrunnerem.
 Za chwilę biegniemy! 
Rozgrzewka z moją grupą ;)
Odliczanie do startu!

Selfie z Teresą, na starcie ;)
Z Teresą i Darkiem.
Na trasie.


Tuż za metą, jeszcze bez medalu!


I did it!

Zasłużony odpoczynek w towarzystwie obrzydliwie tłustej pizzy ;) 

Jak się spaliło tyle kalorii, samym bieganiem, to można zaszaleć ;)


Założenie 4:50, ostateczny wynik 4:47:51 :)