wtorek, 26 sierpnia 2014

Wyrzuć to!

Usiadłam na krawężniku i chociaż bardzo nie chciałam tego robić, rozpłakałam się.

Do dupy, dzień do dupy. Wszystko jakoś nie tak, coś w środku gniecie, wwierca się w trzewia.
Złe wiadomości, gorsze samopoczucie. Z trudem udało mi się zebrać i wyjść biegać. Deszcz, chłód. A we mnie zupełnie nie ma zgody na taką pogodę, nie chcę jesieni, nie tak szybko, nie już. Tak właściwie to w ogóle jej nie chcę. Długie to było lato, pełne słońca a jednak mało. A jednak trudno mi się przestawić.

I niby wszystko jak zwykle, trucht, rozgrzewka, ruszam. Ale cała jestem spięta, zimno. I bach, po kilometrze znowu coś puszcza w plecach. Nie mogę biec. Ledwo idę. Walczę. Udaje mi się zrobić kolejny kilometr. Porażka. W niedzielę półmaraton, za miesiąc maraton, w planie na dziś 15 km.
A ja zgięta w pół siedzę na mokrym krawężniku.

Wróciłam do domu. Musiałam mocno zmusić ciało do ruchu. Ale przecież nie będę się wlec dwa kilometry w tym deszczu. Chcę do domu. Po drodze myślałam sobie: "Nie chce mi się nawet gadać", "najchętniej zamknęłabym się w pokoju, nakryła kocem", "dupa dupa dupa dupa".
Przyszłam, położyłam na łóżku. Czarek podjął próbę rozmowy. E-e. Łzy lecą.
"Wszystko źle, nie tak".

"Co źle...? Co to znaczy wszystko?" - zapytał, lekko poirytowany moją odpowiedzią. "Nie ma wszystko, co konkretnie?".

Mówię.

I chociaż tej nocy męczyły mnie koszmary, chociaż nie odzyskałam do końca humoru to wyrzucając z siebie swoje obawy, stresy i wszystko to, co mnie męczyło, odzyskałam równowagę. Następnego dnia przebiegłam 15 kilometrów.

Szczera rozmowa z kimś kto chce Cię wysłuchać pomogła jak zwykle.
Tego nauczył mnie mój Mąż.
On zawsze słucha.

Wyrzuć to z siebie. Cokolwiek Cię gryzie, męczy, nie pozwala cieszyć się życiem.
Zbierz się na szczerość. Powiedz to. Chociażby sobie samej/samemu do lustra.

Otwórz się i do cholery zacznij żyć! Świat pozostanie taki sam, będzie padał deszcz, będą dziać się złe rzeczy, będzie ciężko. Ale przecież możemy być szczęśliwi!

Wyjedź w wymarzone miejsce. Zrób to. Potrwa to długie miesiące, bo będziesz zbierać pieniądze albo czekać na urlop etc, etc. Ale zrób to. Zawalcz. Chwile spędzone na wakacjach wynagrodzą Ci ten długi czas oczekiwania.

Schudnij, jeśli męczy Cię własny widok w lustrze. Zajmie Ci to długie miesiące, będzie ciężko. Ale zrób to. Warto. Nie można być szczęśliwym, źle się czując we własnym ciele.

Kochaj, jeśli chcesz kochać. Otwórz serce na innych, zdobądź się na pierwszy krok, szukaj.
Będzie trudno. Zrób to. Nie da się żyć bez miłości.

Wyrzuć z siebie frustracje, wypełnij miejsce marzeniami, określ cel, działaj.

Chociaż wiem, że mogłabym wrócić do domu, rzeczywiście zamknąć się w pokoju i nakryć kołdrą, nie zrobiłam tego.

Zrobiłabym tak jeszcze kilka lat temu.

Teraz wiem, że kolekcjonowanie tego, co nam nie pasuje to strasznie męczące i bezsensowne zajęcie.
Trzeba iść dalej. Włożyć w tę drogę trochę wysiłku, owszem.
Tym bardziej wartościowe będzie to, co zdobędziesz.

Wyrzuć to.
Czy to będą lęki i frustracje czy za duże ciuchy lub czyjś numer telefonu.
Wyrzuć w cholerę.

Wypluj tę gumę, która dawno straciła smak.


piątek, 22 sierpnia 2014

Matka Motocyklistka Podróżująca.

Wakacyjny wyjazd na motocyklu. 10 dni bez Dziecka i Męża.
Decyzja? Jasne, że tak! Jednak w praktyce to nie było takie łatwe.

Wyjście z domu ułatwiło mi to, że Bruno po prostu jeszcze spał. Na szczęście mój Syn nie jest typem przylepy i jestem pewna, że nawet gdyby nie spał, nie robiłby scen przy moim wychodzeniu z domu. Przecież to cygańskie dziecko. Ta myśl dodawała mi otuchy.

Od rana padało. Ja zagubiona, rozkojarzona i totalnie niezorganizowana.
Wszystko pozostawione na ostatnią chwilę. Taki typ. Cała ja. Wybieram się w 10 - dniową podróż motocyklem do Chorwacji i nie zabieram przeciwdeszczówek, okularów przeciwsłonecznych i wielu innych niezbędnych w podróży rzeczy. Klasyczne zagranie, które pojawiło się już podczas wcześniejszych wyjazdów, m.in. podczas pierwszej, dłuższej rozłąki z Brunem, rok temu, kiedy to wyjechaliśmy z Czarkiem na weekend na zlot motocyklowy, 612 km w jedną stronę.

Tamtego dnia padało, dokładnie jak w tym roku. Przemokłam, zmarzłam, ubrałam się za lekko... Moje myśli krążyły wokół Bruszka, który z wyjazdu rodziców nic sobie nie zrobił. Ja przepłakałam pół podróży i całą pierwszą noc. Naprawdę mocno to przeżywałam ale czułam i wiem, że to było potrzebne.
Takie emocje pojawiłyby się z pewnością, niezależnie od tego kiedy przyszłoby się nam rozstać po raz pierwszy. Czy Bruno miałby 7 miesięcy czy 3 lata. A takie wyjazdy są potrzebne.

Ten tegoroczny również. Tym razem jednak nie wyjeżdżałam na weekend ale na ponad tydzień.
Dużo dalej. A Bruno już świadomy, będzie tęsknił. Ja też. Znów stres i obawa - jak to będzie? Jak to zniesie on? Ja? Czy Czarek sobie poradzi?
Chociaż to ostatnie pytanie pojawiało się w mojej głowie, akurat na nie znałam odpowiedź.
Poradzi sobie. I właśnie dlatego, że mam taką pewność, jadę.

Czarek wziął urlop na czas mojej nieobecności. Nawet ja nigdy jeszcze nie zostałam tak długo sama z dzieckiem, bez tej drugiej połówki. Oczywiście, w opiece pomagała mu moja Mama, ale jednak był z Brunem większość dni i nocy sam...

Wstałam rano po częściowo nieprzespanej nocy. Pada. Zimno. Tego dnia mam zaplanowane do przejechania ponad 900 km. Ruszam razem z Mężem, który odprowadza mnie pod Berlin. Tam spotykam się z moimi przyjaciółkami, Siostrami klubowymi, towarzyszkami dalszej drogi. Ruszamy na południe. Pierwszy nocleg zaplanowany po czeskiej stronie granicy, miasteczko .

Pada. Ech. Trudno. Wsiadamy i ruszamy w drogę.
Motocykl zapakowany po uszy. Ja ze ściśniętym żołądkiem. Bruno śpi.

Tego dnia jestem na nogach 21 godzin, przejeżdżam na motocyklu 900 km, z czego ponad 150 w deszczu. Przemakają mi nowe (#@!@#$%) buty a stare spodnie okazują się za krótkie, woda wdziera się nieubłaganie. Jestem mokra do majtek. Suszy mnie wiatr na niemieckiej, słonecznej autostradzie.

Po drodze awaria - motocykl jednej z dziewczyn odmówił dalszej jazdy. W oczekiwaniu na assistance zapada zmrok. W dalszą trasę ruszamy grubo po 22. Do celu 200 km. Prowadzę dziewczyny. Drogę widzę dzięki jadącym przede mną autom. Kiedy się oddalają zwalniam, ślepnę.
Jest przerażająco i pięknie zarazem.

Czarek nie wraca na noc do domu. W jego motocyklu pęka tylna opona. Śpi w jakimś obskurnym motelu, na trasie do domu. Pomaga mu moja klubowa Siostra Ania, organizuje przyczepkę, zawozi do miejsca naprawy motocykla, pożycza pieniądze. Brunem opiekuje się Babcia.
Dużo, dużo emocji. Jednak tęsknię i myślę sporo o Brunaszku.
W końcu padam po wypiciu konkretnego drinka.
W nagrodę za ciężki dzień dostaję krótki, mocny sen..

Rano ruszamy w dalszą drogę. Nocleg zaplanowany na campingu w miejscowości Zell am See. Końcówka trasy to jazda po przepięknych, krętych drogach. Około 150 km przez Alpy.
W deszczu. Zachwyt miesza się ze skowytem.

Na miejscu, po zdjęciu butów wykręcam mokre skarpetki. Sama sobie winna. Nieprzygotowana. Oczarowana miejscem w którym jesteśmy. Następnego dnia biegnę 10 km po alpejskich ścieżkach. Korzystam z bycia tu i teraz. Piję zimną wodę z górskiego strumienia. Każdym, zmęczonym kawałkiem ciała cieszę się z życia. Wiem, że gdzieś tam daleko pod Warszawą moje chłopaki radzą sobie dobrze. Bruno powtarza "nie ma Mama", tęskni. Jednak słyszę jego śmiech w słuchawce. Ruszamy w dalszą trasę.

Do Chorwacji wjeżdżamy już mocno zmęczone. Gubimy drogę na camping. Dojeżdżamy późną nocą. Rano zaskakuje nas widok z naszego tarasu. Morze, plaża. Zaczynają się babskie wakacje.
5 dni, upalne lato, Istria. Kąpiele w morzu, wycieczki na motocyklach, bieganie przy plaży i rozmowy... Gadamy cały czas...

Wspaniałe są takie motocyklowe podróże. Jedziemy razem, jedna za drugą. Porozumiewamy się gestami albo krzyczymy przez kaski, podczas postojów na bramkach/światłach. Razem ale osobno.

Zamykam szybkę w kasku i jestem sama ze sobą, ze swoimi myślami. Śpiewam, gadam do siebie. Chłonę drogę, krajobraz który tak dynamicznie się zmienia. Czuję wszystko mocno, wyraźnie. Zapach lasu, deszczu, górskie powietrze, nagrzany asfalt, miejski zgiełk. Ciepło słońca, chłód wiatru, każdą nierówność nawierzchni. Mocno zaciskam dłonie na manetkach, napinam każdy mięsień, zmysły szaleją, skupienie na najwyższym poziomie. Kawa z podłego automatu na postoju smakuje jak ambrozja. Kiedy ściągamy kaski, opowiadamy sobie o tym, co po drodze. Radzimy sobie w gorszych chwilach, przebieramy na poboczu mokre ciuchy i majtki. Jedziemy (nie)zgodnie z planem ;). Trzymamy się razem. A kiedy podczas drogi powrotnej po kolei rozdzielamy się w stronę swoich domów, coś w środku zaczyna kłuć.

Wracam do domu dwa dni. Ostatnie prawie 400 km pokonuję sama. Zmęczona ale szczęśliwa.
Zaraz zobaczę się z Synem, Mężem. Czekają na mnie. Wchodzę do wysprzątanego domu. Przytulam na wpół śpiące, zdumione dziecko ( dotarło do niego, że wróciłam dopiero rano - co za radość!). Przywożę opowieści z drogi, emocje, chorwacką opaleniznę.

Podczas 4 dni w trasie zrobiłam 3200 km na motocyklu. W trakcie 10 dni poza domem, z dala od rodziny mogłam z dystansem spojrzeć na siebie, swoje życie. Zapragnąć jeszcze czegoś więcej, snuć plany. Tęsknić też jest fajnie, kiedy się wie, że niedługo się znów zobaczy ukochane osoby. Taka świadomość, że ma się do kogo wracać jest cudowna.

10 dni wśród kobiet, które uwielbiam. Chociaż różnimy się od siebie i na co dzień nie widujemy - dzieli nas zbyt duża odległość, łączy nas równie wiele. Pasja. Ten wspólny czas, na campingu w Alpach i Chorwacji, noclegi w Czechach, wspólne kilometry, trasa, rozmowy o błahostkach i na trudne tematy -  bezcenne.

I myślę sobie, że było cholernie warto.
Chociaż słyszałam głosy, że niebezpiecznie, że daleko, że za długo poza domem, że ogólnie "po co?" i że powinnam siedzieć w domu z małym dzieckiem. Sama prawie w to uwierzyłam i wieczór przed wyjazdem zaczęłam panikować... Jednak właśnie dlatego cieszę się, że z Czarkiem łączy nas wspólna pasja do motocykli i podróży. To on wspierał mnie od początku, "prostował" kiedy zaczynałam mówić o rezygnacji z wyjazdu. Bez wahania został z chorym dzieckiem w domu (opieka nad nim jednak znacznie różni się od opieki nad zdrowym!). Dbał o to, żebym nie denerwowała się, że Młody tęskni, nigdy nie stresował podczas rozmowy ( no, może raz, ale z innego powodu, hihi).
Byłam spokojna i na ( spoooorą! ) chwilę oderwałam się od codzienności. Wróciłam naładowana energią i cieszę się, że kiedyś będę mogła o tej (i o wielu innych, mam nadzieję!) wyprawie opowiedzieć mojemu dziecku.

Chciałabym, żeby Bruno również miał możliwość i odwagę spełniać swoje marzenia.
Chociaż czasem na pierwszy rzut oka będą się wydawać szalone, niemożliwe czy cokolwiek innego. Mogę nawet osiwieć na myśl o puszczeniu go gdzieś, ale jeśli będę wiedzieć, że ciągnie go pasja, nie mam więcej pytań.

Życzę Ci tego Synku. Tych wzruszeń, emocji i zachwytu nad światem.
Mam nadzieję, że dorastając w rodzinie motocyklowej taki sposób podróżowania i spędzania czasu będzie dla Ciebie czymś normalnym i "wpadniesz" w ten świat, tak jak ja i Twój Tato. I razem będziemy odkrywać piękno tego świata na dwóch kołach.
W deszczu i w słońcu.
Tyle na nas czeka...!

Zell am See. Austria. Przed naszym mobile home.
Tak właśnie wygląda wykręcanie wody ze skarpetek :)
Zell am See, Austria.
Zell am See, Austria. Jedziemy na wycieczkę. 
Zell am See, Austria.

W drodze do Chorwacji.
Tajemnica nieprzemakalnych butów :)
Faaker See, Austria. Kiedyś wrócimy tam na kultowy zlot.
Chorwacja, Lanterna Camp, Porec. Ruszamy na wycieczkę.
Rovinj. Widok ze statku.
Kto mi wyfotoszopuje tego pana obok? ;/
Rovinj, Chorwacja.

Wycieczka statkiem,  zwiedzamy jaskinię piratów przy Limskim Fjordzie.
Nasz statek Matek :) A ta głowa po prawej to ja :) Napływałam się tego dnia za wszystkie czasy ;)
Zaraz ruszamy! Chorwacja, Lanternacamp.
Kto powiedział, że nie dam rady na małym Sportsterze? ;)
Gliwice, zaraz będę w domu.
Zmęczone oczy. Ale w środku wszystko śpiewa.
Amazons WMC Chapter Nomads. 

sobota, 2 sierpnia 2014

Jeśli walczysz, czasem przegrywasz.

Boli mnie całe ciało. Głowa, mięśnie, drapie w gardle.
Dziś po raz pierwszy, od kiedy biorę udział w zawodach biegowych, zeszłam z trasy. W Międzylesiu biegliśmy dziś 20 km w ramach Pucharu Maratonu. Niestety, pogoda i moja głupota spowodowały konieczność rezygnacji z biegu po 10 km.

Wiedziałam, że będzie ciężko. Nie wierzyłam do końca ( nie chciałam wierzyć!) w prognozy zapowiadające skok temperatury z wczorajszych 23/25 na 31/33 ale brałam pod uwagę, że przyjdzie mi biec po raz pierwszy (udało mi się tego do tej pory uniknąć) w upale... Zamiast przygotować się do tego odpowiednio ja...zaspałam, ledwo zdążyłam dojechać, zapomniałam kilku rzeczy, nie wzięłam żeli a co najgorsze - śniadanie zjadłam w biegu, kilka łyżek i to na pół godziny przed startem. Nie wspomnę już o braku czasu na rozgrzewkę. Powinnam dostać kopa za takie błędy od trenera i dietetyka...

Więc jakim cudem miałam nadzieję, że w ogóle ukończę ten bieg? Wierzyłam mocno w swoje siły, przecież już nie raz przebiegłam 20 km. W dodatku pocieszałam się, że biegniemy w lesie, będzie cień. Przeliczyłam się i dostałam dużą lekcję na przyszłość.

Jednak, chociaż doskonale wiem, że zrobiłam dobrze, rezygnując z dalszego biegu ( może i bym się doczołgała ale zbyt dużym kosztem) moja ambicja zapiszczała.

Nie zawiedli moi dzielni kibice. Mój Mąż i Syn w upale czekali na mnie na pętli... Bruno, Synku, kibicowałeś mi wspaniale! Stawałeś w wózku, biłeś brawo, krzyczałeś "Mama" wypatrując mnie na ścieżce. Wszystko to nagrał Twój Tato.

Wiesz Synku, przyjdzie taki czas, kiedy i Ty będziesz walczył. Czy będą to zawody sportowe, czy będzie to jakaś gra z kolegami, walka o serce dziewczyny czy wreszcie ta najcięższa walka, ta o Twoje zdrowie, wiedz, że zdarzać się będą potknięcia. Popełnisz błąd a może po prostu coś, na co nie będziesz miał wpływu zmusi Cię do zmiany planów, do odpuszczenia. Czasem coś przegrasz, stracisz...

Chcę, żebyś pomimo to, szedł dalej, nie poddawał się i walczył. Wyciągnij wnioski, przyjrzyj się sytuacji z boku, jeśli trzeba, jeśli będziesz miał możliwość, zmień coś. Jeśli nie, zaakceptuj taki stan rzeczy, jaki jest.

Nie porównuj się z innymi, nie chciej być najlepszym kosztem siebie samego. Jeśli walczysz, walcz ze sobą, lepszych traktuj zawsze jako motywację, wspieraj słabszych. Niech zwycięzcy Cię inspirują, ciesz się ich wygraną. Przyglądaj się im mądrze i z zaciekawieniem. Nie musisz być najlepszym, nie musisz nikomu niczego udowadniać.

A kiedy zdarzy Ci się słabszy dzień czy gorsza kondycja, pamiętaj, zawsze będę przy Tobie. Oczywiście, jeśli tylko będziesz mnie potrzebował. Tak jak Ty i Twój Tato byliście dziś ze mną, dumni i uśmiechnięci. Robię to, co robię, biegam dla przyjemności, dla siebie i dla Was. Nawet jeśli dziś się nie udało, dajecie mi siłę do walki na następny raz.


Warto było prawie zemdleć na trasie dla takiego widoku ;)... :

video


video




piątek, 1 sierpnia 2014

Nasze chwile na Teneryfie.

Ten post miał wyglądać zgoła inaczej. Zdecydowałam się jednak nie zanudzać Was opowieściami o tym, co warto zobaczyć na Teneryfie - mam wrażenie, że w moim poprzednim poście znalazło się wystarczająco dużo przewodnikowych informacji. Wystarczy.

Chciałabym się podzielić z Wami naszymi chwilami z wakacji.

Chwilę. Tyle trwa spacer po plaży czy podarowany przez dziecko buziak, słony od morskiej wody. Chwilę trwa smakowanie przepysznego dania w restauracji przy promenadzie, widok zachodzącego nad oceanem słońca. Przez chwilę dane mi było obserwować delfiny skaczące i bawiące się w zatoce, dzieci wygłupiające się w basenie.
Chwilę trwają wakacje, lato. Chwilę trwa dzieciństwo. Czasem nie dłużej trwa czyjeś życie.

Czasem zapominamy o tym, że to właśnie takie krótkie, radosne chwile, spędzone wśród osób, które kochamy w pięknych miejscach tego świata są tak naprawdę istotą wszystkiego co ważne, sensem zycia.

Na nie warto przeznaczać czas, energię, pieniądze.
Owszem, moglibyśmy kupić za cenę wakacji parę przydatnych sprzętów do domu, naprawić auto, kupić leki ( sorry, na to zawsze mamy odłożone :P) i buty dla Bruna, odnowić sypialnie czy co tam jeszcze. Moglibyśmy.  Zdecydowaliśmy się jednak zainwestować właśnie w "te" chwile.

Nie ważne ile to kosztowało, ważne, że dało nam coś, z czego cieszyć się będziemy zawsze, do czego będziemy wracać kiedy bądź. Te wspólne chwile, przeżycia będą wspaniałymi wspomnieniami.
To właśnie z nich budujemy swój świat.

Chcę żeby mój wyglądał właśnie tak, jak wygląda na tych zdjęciach.
I żebym zawsze, cokolwiek stanie się w moim życiu mogła wrócić w myślach do tych dni.

Nie wiem, co czeka nas za rogiem. Mam świadomość jak kruche jest nasze życie i czasem niesprawiedliwy los (nazwij to jak chcesz - zbieg okoliczności, itepe...), szczególnie kiedy myślę o chorobie Bruna.

Nasze życie składa się właśnie z takich momentów.
Dbajcie o to, żeby było ich jak najwięcej.




Inspiracją do napisania tego posta w takim brzmieniu, była ogromnie poruszająca i wzruszająca lektura bloga:



Na historię dzielnej i niesamowitej Gabrysi trafiłam dzięki Asi z bloga Wypaplani...



...Chwilo, trwaj...!




...

(Wybaczcie jakość...Zdjęcia robione były iPhonem, Nikon został w domu...)

...