piątek, 31 października 2014

Cukierek albo psikus!

Nie bardzo rozumiem z jakiego powodu niewinna zabawa z użyciem bogu ducha winnych dyń budzi tyle emocji.
Jedni twierdzą, że to sztuczne zapożyczenie z tradycji anglo-saskiej, kolejna obok walentynek próba wyciągania pieniędzy od naiwnych. Komercja, Panie! 

Drudzy straszą koniecznością egzorcyzmów, bo to przecież przyciąganie złych duchów zza światów, wciskanie się na siłę w objęcia samego lucyfera. 

Szanowni, a czy ktokolwiek z Was zapytał sam siebie co wie na temat kultywowanych w Polsce tradycji? 
Palenie zniczy na grobach? Choinka na Boże Narodzenie? Pisanki wielkanocne?

Co łączy te tradycje z Halloween? 

Po pierwsze wszystkie wywodzą się z czasów przedchrześcijańskich (te ostatnie zostały tylko przez wyznawców Chrystusa przejęte). Tradycja palenia zniczy pochodzi z kultury Słowian i Bałtów, w której dwa dni w roku obchodzono tzw. „Dziady” (pamiętamy z Mickiewicza?). Dziady przypadały dwukrotnie w ciągu roku.  Na wiosnę i jesień. Te jesienne  ściśle wiązały się z kultem zmarłych. Organizowano wtedy rodzinne uczty mające na celu zdobycie przychylności umarłych i uchronienie ich przed głodem w zaświatach. Ogień był bardzo ważnym elementem tych świąt. Symbolizował życie po śmierci. Był postrzegany jako potężna i pierwotna siła. Przy drogach palono ogniska, aby duchy mogły łatwo odnaleźć drogę do swych domów. Ogień palono także na cmentarzach w celu ogrzania dusz zmarłych oraz odstraszenia upiorów. 

Podobnie choinka nie od zawsze była symbolem świąt Bożego Narodzenia. Pierwotnie związana była z przedchrześcijańską tradycją ludową i kultem wiecznie zielonego drzewka. W starożytnym Rzymie dekorowano drzewka metalowymi elementami z okazji święta Saturna.W wielu kulturach drzewo, zwłaszcza iglaste, jest uważane za symbol życia i odradzania się, trwania i płodności. Jako drzewko bożonarodzeniowe, pojawiło się dopiero w XVI wieku,

Pisanki czyli zwyczaj malowania jajek na Wielkanoc wywodzi się z jeszcze starszych przedchrześcijańskich tradycji. Jest związany z prastarymi obyczajami magii. W wierzeniach pogańskich jajko było symbolem sił witalnych, które mogą być dalej przekazywane. Dlatego też używa się jajek w magii, mając na celu pobudzenie ziemi do rodzenia.

Jak widać każda z ważnych tradycji znanych nam dziś, wywodzi się z pogaństwa i jakoś strasznie się ich nie obawiano, skoro Kościół je wszystkie zapożyczył a nawet dla swoich potrzeb zagarnął.

A komercyjny wymiar Halloween? Stroje, dynie itp. 
Naprawdę chcemy ten dzień zestawiać z tym co się wyprawia przed wigilią? 
Czy komukolwiek znane są bardziej komercyjne święta od tych ku czci boga słońca, które katolicy przejęli jako dzień narodzin swojego boga? 

My dziś całą naszą patchworkową rodziną doskonale bawiliśmy się wycinając dziury w dyniach, z których później Monika zrobiła pyszne dyniowe frytki. Nie świętujemy Halloween, nie robimy z powodu tego dnia rodzinnych spędów, po prostu mieliśmy okazję wspólnie spędzić czas angażując dzieci do zabawy. Nie siedzieliśmy przed tv, bo to nie nasz pomysł na świętowanie czegokolwiek.




Więcej luzu moi drodzy, cukierek albo psikus :)




czwartek, 23 października 2014

Strumień mojej świadomości.


Gdzieś na dnie każdego mojego uśmiechu ukryty jest ból...

Chowam go głęboko, przyzwyczajam się do jego obecności... 

Rzeczywistość jednak z uporem maniaka wywleka go raz na jakiś czas, każąc mi się znowu z nim zmierzać...

W przeciągu ostatnich dni zmarło dwoje dzieci, nastolatków chorych na mukowiscydozę. Znałam wirtualnie, śledziłam losy, trzymałam kciuki. 

Od paru dni przewijają się pytania. 
W głowie, w domu, wśród znajomych rodziców dzieci chorych na muko, itd... 
Pytania z serii tych najgorszych, tych na które nie ma odpowiedzi. Pustka w głowie. 

Życie płynie, taka tam moja codzienność. Jem, piję, wychodzę do sklepu, spotykam się ze znajomymi, tankuję auto, wstawiam setne zdjęcie na instagrama, odkurzam mieszkanie, dłubie coś na komputerze, czytam, kąpię dziecko... a gdzieś tam w tle ten upiorny, milczący znak zapytania... 

Co z nami będzie...?

Staram się odpychać złe myśli. Sio!
Z Czarkiem nie rozmawiam ostatnio na "te" tematy dużo. Trochę się boję, że się rozkleję a potem - znam ten schemat - długo zajmuje mi dojście do siebie. 
Twardo tylko i ze złością informuję Czarka, że należy stąd wyjechać, ze względu na chorobę Bruna. 

Obrażona jestem na mój kraj. Na to podwórko na którym rozbijałam kolana, na miasto, które wpisane mam w dowodzie, na tego orzełka, który uparcie chce nasrać mi na głowę. 

Chcę podziękować i wypisać się z tej drużyny w której grają katoliccy lekarze odmawiający przeszczepu mojemu dziecku oraz cała banda wydająca lekką ręką miliony na Świątynie Opatrzności podczas gdy Instytut Matki i Dziecka w której leczy się mój Syn rozpada się na kawałki a dobrzy lekarze uciekają stamtąd jak najdalej, bo sami boją się, że sufit spadnie im na głowę...

Jestem wściekła, bo ten kraj to przecież mój dom. We własnym domu mają mnie w dupie. 

Znak zapytania wisi nadal...Co będzie?

Sama sobie tłumaczę, że przecież nikt z nas nie zna dnia ani godziny. Na świecie jest ból, cierpienie, choroby, ludzie, dzieci umierają. Ty też nie wiesz, co Cię jeszcze czeka. 

Jednak u nas o tyle gorzej, że my wiemy,  co może zabić. Myślimy tylko, żeby jak najpóźniej. Najlepiej nigdy, prawda?
Wiemy ile jeszcze dodatkowych chorób i problemów może dopaść i tak w zasadzie niewiele jesteśmy w stanie zrobić. 

I chociaż staram się żyć pełnią życia, cieszyć się każdym dniem to wciąż czuję tę drzazgę pod paznokciem, prześladuje mnie ten znak zapytania. Nie wiem już - czy być odważną czy ostrożną? Ignorować ten znak zapytania czy dać się mu zeżreć?

Czy może życie toczy się na innej płaszczyźnie, w innym wymiarze? 
Bo przecież gdzieś się trzeba odnaleźć, skoro rozpadł nam się świat "zdrowie najważniejsze"... Co zatem najważniejsze? Czas, uśmiech?

Wciąż pełno we mnie niezgody na tę chorobę. Wciąż w środku mnie trwa walka nadziei ze strachem. Ja sama nie wiem już dlaczego ale czasem głupieję..."po nim nic nie widać" - słyszę często od ludzi. No właśnie, wygląda zdrowo, biega i krzyczy. 
Zdrowy jest.

Nie jest.

W takie dni jak dziś mam tylko jedno cholerne marzenie. Jedno.

Chcę umrzeć jako obrzydliwie stara staruszka a chować ma mnie mój Syn.

Nigdy, przenigdy inaczej. 










poniedziałek, 29 września 2014

Moja droga na Narodowy.

Moja droga na Narodowy zakończyła się wczoraj.
I nie trwała 4:47:51, czyli tyle, ile mój bieg.
Rozpoczęła się dużo wcześniej, w zasadzie od momentu, kiedy podjęłam decyzję, że chcę to zrobić.

Pamiętam, że kiedy przekroczyłam metę 9. Półmaratonu Warszawskiego w marcu tego roku, przemknęła mi przez głowę myśl - jak to możliwe, że da się przebiec maraton? 
Dwa razy tyle kilometrów!
Niesamowite! Niemożliwe!

Dzisiaj, dzień po pokonaniu 42 km i 195 metrów mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem - to jest możliwe! I to jest cholernie piękny wysiłek! Przebiegłam maraton! Ja!

Miesiące ciężkich przygotowań, setki kilometrów w nogach, ciężkie treningi i spokojne wybiegania. Godziny spędzone na bieżni, stadionach, w parkach, lasach, górskich ścieżkach, asfalcie, chodnikach, udeptanych ścieżkach tu i tam, Otwock, Warszawa, Wrocław, Poznań, Solina, Tarnobrzeg, Szwajcaria, Austria, Chorwacja, Teneryfa - nie odpuszczałam niezależnie od tego gdzie byłam -  u rodziny, na wakacjach czy motocyklowym wyjeździe... Pilnowanie diety, podporządkowanie się zasadom, zrzucenie ponad 14 kg ( to nie wszystko na co mnie stać!!!), dyscyplina bo przecież czasem ma się dość i nie chce się nic... Ogromna praca za mną a wczorajszy maraton i jego spokojny przebieg tylko to potwierdziły. Przebiegłam szybciej od zakładanego czasu, nie dopadła mnie ściana, skurcze, kolki, etc.

Chociaż mogło być zupełnie inaczej. Mogłam nie dotrzeć na start! Otóż mój kochany Mąż zrobił mi psikusa i kiedy poprosiłam go nastawienie budzika, nie sprawdził dokładnie na jaki dzień go nastawia ... Okazało się, że alarm był ustawiony na "od poniedziałku do piątku". Oczywiście nic nie zadzwoniło o 5:30 a obudził mnie... Bruno! Synu, znowu Ty ratujesz mi skórę! 6:08...powinnam już jeść śniadanie... Wariactwo! 

Z domu wyjechałam o 6:52, o 7:15 powinnam być już na starcie, by wziąć udział w programie Aktywnie Bardzo, na żywo na antenie Radia Zet. Leciałam pustym Wałem 140 km/h ( ciiichooo...!), a potem od ronda sprintem z bagażami z 1,5 litrową butelką wody w ręku aż do wozu transmisyjnego, który stał przy starcie, na moście. Rozgrzewkę mam za sobą. Uff. Zdążyłam. Powiedziałam parę zdań jako debiutant, a Panrunner jako biegacz z doświadczeniem. Po wywiadzie szybko poleciałam pod Stadion, gdzie z  pozostałymi uczestnikami projektu Czas Debiutanta mieliśmy sesję zdjęciową, sprzedawaliśmy sobie nawzajem kopniaki na szczęście. Potem depozyt, szybkie przygotowanie, wc i na start.

Stojąc w tłumie zapaleńców, takich jak ja, młodszych i dużo, dużo starszych ( szczególnie w mojej strefie czasowej hehe) czułam już podekscytowanie. Nad nami latał helikopter, Przemysław Babiarz odliczał minuty do startu. I słyszę z głośników Sen o Warszawie Niemena. Pierwszy ścisk w żołądku. I ta myśl: Jestem tutaj, robię to! Zaraz się zacznie! Pierwszy strzał, poszli najlepsi. My w drugiej turze. Hop - lecimy! Kolejny raz truchtam sobie po moście Poniatowskiego, wyjątkowy most - z okazji jego 100 lecia, znalazł się na tegorocznym medalu. Biegnę po nim 3 raz, 2 poprzednie razy na półmaratonach. Wieje wiatr, zimno. Wisła pod nami. Kibice dopingują, mijam setki uśmiechniętych twarzy. Miasto stoi. Kolejny ścisk w żołądku. To naprawdę się dzieje?

Biegnę ( ok, to tempo to raczej trucht...:D) z Teresą.  Nie czuję kiedy "łykamy" kolejny kilometr. Peacemaker opowiada nam historię Warszawy, pokazuje ważne budynki, "oprowadza" po kolejnych ulicach. Śmieję się pod nosem, że to wycieczka z trochę szybszym tempem zwiedzania ;) Pierwsze łzy organizatorzy wyciskają z nas ok 11 km ( tak?) w tunelu. Na ustawionych telebimach dzieci trzymają różne napisy typu "Biegnij Mamo, czekam na Ciebie". Kwiczymy, ja przyśpieszam na szczęście Teresa pilnuje. Potem znowu ścisk - kiedy biegniemy przybijając piątki harcerzom  ustawionym w rządku. Każdy z nich krzyczy moje imię. Moc! Na 14 kilometrze dołącza do nas Darek, który będzie o mnie dbał prawie do mety ( ściągną go z trasy tuż przed Stadionem ). Czas mija, słońce świeci, trochę mnie denerwując. Chwilę przyśpieszamy, żeby mieć zapas przed podbiegiem na wiadukt. Słucham rad Darka, głowa w dół. Kolejne podejście na Arbuzowej, zaczynam czuć nogi. Włączam muzykę, moje powersongi. Jest dobrze.

Słuchając rad znacznie bardziej doświadczonych ode mnie udało się przebiec w tempie, bez zatrzymywania z przyśpieszeniem na ostatnich kilometrach. 5 km leciałam przed siebie, tylko jeden wielki facet mnie wyprzedził!  Od 33 kilometra, od kiedy rozbolały mnie nogi było mi ciężko, to był naprawdę wysiłek. Bieg z bólem a do tego stopniowe przyśpieszanie w tym momencie było dla mnie wyzwaniem i to nie tyle fizycznym co psychicznym.

Pamiętam moment już na moście, kiedy zauważyłam obok siebie faceta na wózku inwalidzkim - szarpał koła z ogromną zaciętością, widać po twarzy wysiłek.
Było to przy ostatnim punkcie z wodą, biegliśmy a on jechał po dywanie z kubków.
Przeszkadzały cholernie mi, a co dopiero jemu. A jednak wyprzedzał mnie! 
Totalnie mnie to zmotywowało. Cholera, ja też mogę więcej!

Ostatni kilometr to walka z tym żeby się nie rozbeczeć - zaraz meta! Wbiegając na płytę Stadionu poczułam się naprawdę jak cholerny bohater! Ta chwila i te emocje - po prostu bezcenne!
Ręce uniesione wysoko do góry - zwyciężyłam! Po dwóch latach przerwy ruszyłam dupsko z kanapy i wróciłam do biegania w lutym tego roku. Prawie jakbym zaczynała od początku. Dziś, zaledwie parę miesięcy póżniej, przebiegam przez metę maratonu i śmieję się przez łzy. Padam na kolana, widzę, że ktoś robi mi zdjęcia. Spotykam znajomych, przytulamy się, płaczemy się, skaczemy, śmiejemy, nogi drżą, dopiero teraz czuję jak boli! 
Muszę to rozchodzić i naparzam kółeczka, próba rozciągnięcia mięśni - auuu! Nie mogę! Pić!!! 
Pierwsze minuty za metą to jakiś szał doznań! Tysiące myśli, euforia, zmęczenie. Czuję ciężar medalu, wow, mam to! To nie jest sen!

To mój sukces, walka i zwycięstwo. 
Ale nie zrobiłabym tego sama, bez ogromnego wsparcia... Przede wszystkim Rodziny - Mąż, też i Mama. Dzięki nim mogłam trzymać się założeń, poświęcać godziny na bieganie i siłownię, spotkania grupy. 
A to całe bieganie nie byłoby tak efektywne bez planu i porad trenerów Pawła i Olgi Ochal, bez pomocy dietetyków Darka i Joasi Brzezińskich, wsparcia mentalnego Mateusza z trenerbiegania.pl. 

Nie byłoby sukcesu bez wspólnej drogi wszystkich uczestników projektu Czas Debiutanta, mojej grupy biegowej. Teresa ( razem pokonałyśmy ten maraton, prawie, że ramię w ramię!), Karolina, Martyna, Kornelia, Karina, Adrian, Paweł, Bartłomiej, Bartosz, Dominik - zrobiliśmy to razem!  

Tych wspaniałych, pełnych pasji ludzi nie poznałabym i nic takiego nie wydarzyłoby się bez dziewczyn z Miesięcznika Bieganie - Ani i Aleksandry, ani bez Martyny z Fundacji Maraton Warszwski. Podziękowania należą się również dla Męża Teresy, który wspierał przed startem i na trasie a od 14 kilometra był ze mną Darek - motywował, podawał żele, wodę, mówił kiedy co i jak, i pięknie pociągnął pod koniec! Bez niego pewnie nie uwierzyłabym, że mogę!

Dziękuję Oli i Ilonie z mamyruszamy.pl za kibicowanie na trasie - zobaczcie jak było!

Dodam również, że dziewczyny sprzedają koszulki, cześć dochodu przekażą na konto Bruna w Fundacji MATIO, zobaczcie sami TUTAJ ! Dziewczyny, jesteście cudne! 


Dziękuje wszystkim, którzy we mnie wierzyli - dziewczynom z grupy Biegowe Mamy, moim kochanym Siostrom z klubu Amazons WMC Nomads, bliższej i dalszej rodzinie, przyjaciołom i znajomym. Kiedy dopadało mnie zmęczenie na trasie myślałam o tym, ile ludzi trzyma za mnie kciuki, przecież nie mogłam Was zawieść!

Jednak przede wszystkim ten bieg, wysiłek i ciężką pracę dedykuję mojemu Synkowi. 

Mały brzdącu, nic nie rozumiesz jeszcze i nie miałeś wczoraj zielonego pojęcia co wyrabia Twoja Mama! Byłeś zajęty bieganiem z Babcią po schodach na Stadionie Narodowym. 
Kiedy bawiłeś się w najlepsze ja walczyłam ze swoim ciałem i głową na trasie i myślałam o Tobie!
Dziś niewiele z tego rozumiesz, ale to się zmieni, mam nadzieję, kiedy dorośniesz. 
Nie masz pojęcia, jak wielką motywacją jesteś dla mnie, jak bardzo przez Ciebie zmieniło się moje życie! Z dziewczyny, która prowadzi imprezowy i siedzący tryb życia zamieniłam się w kogoś, kto nie wyobraża sobie życia bez ruchu! Wszystko to, byś Ty dorastał w takiej atmosferze, byś rósł na kogoś, dla kogo sport, wysiłek fizyczny jest naturalnie jednym z elementów codziennego życia. Zdaję sobie sprawę, jak bardzo jest to ważne, przy Twojej chorobie.

Moja przygoda z bieganiem dopiero się zaczyna. To mój pierwszy maraton, mam wielkie pole do popisu, żeby poprawiać swój czas ( chociaż nie jestem jedną z tych osób dla których ma to jakieś kluczowe znaczenie, jednak jakieś ambicje są :D). 

Na pewno nie zrobiłam tego, żeby to zaliczyć i wrócić do "leżingu" na kanapie, o nie.

Zdaję sobie sprawę, że jeszcze wiele maratonów przede mną. 

Tych na zawodach i tych w codziennym życiu...
Jednak po wczorajszym dniu, wiem, że DAM RADĘ przez nie przebiec. 
A jeśli się dobrze przygotuje i będę silna - ciałem i duchem, nie dopadnie mnie kryzys, ściana, nie złamie mnie NIC!

Chcesz zmienić swoje życie - przebiegnij maraton.

Gwarantuje Ci, że lekko zmieni Ci się perspektywa.

No i jeszcze coś - można się potem bezkarnie obżerać tłustą pizzą :D

Ostatnie spotkanie grupy przed maratonem w Hotelu Ibis...



Pakiety startowe - mój i Bruna.

Sobota. Z Brunem przed startem w jego pierwszych zawodach ( 100 metrów!).
Zawodnik lekko zdenerwowany.
Znam to uczucie! ;)

Biegniemy!
Lecimy na metę! Dzień później to była również moja maratońska meta ;)
Mały Bohater Narodowego!

Medal z czekolady bardziej cieszył ;)

Trener podaje zawodnikowi posiłek regeneracyjny po biegu ;)

Z Olą i Iloną, po Biegu Bąbla. To one tak wspaniale dopingowały na 18 kilometrze!
Dieta maratończyka - fajita pasta ;)
Dieta maratończyka c.d ;)
Wszystko przygotowane...
Wieczór przed startem...
Na żywo, na antenie Radia Zet, u Beaty Sadowskiej gościłam wraz z Panrunnerem.
 Za chwilę biegniemy! 
Rozgrzewka z moją grupą ;)
Odliczanie do startu!

Selfie z Teresą, na starcie ;)
Z Teresą i Darkiem.
Na trasie.


Tuż za metą, jeszcze bez medalu!


I did it!

Zasłużony odpoczynek w towarzystwie obrzydliwie tłustej pizzy ;) 

Jak się spaliło tyle kalorii, samym bieganiem, to można zaszaleć ;)


Założenie 4:50, ostateczny wynik 4:47:51 :)

czwartek, 25 września 2014

Maraton.

Za dwa dni start.
Maraton.
42,195 km.
Wśród tysięcy innych biegaczy, amatorów i elity, będę ja.
W mieście, które poznaję prawie od 3 lat.
Będę startować z tego samego mostu, z którego dwa lata temu ruszyłam w swój pierwszy półmaraton, moje pierwsze zawody. 
Dosłownie kilka tygodni później dowiedziałam się, że jestem w ciąży.

Dziś, na kilka chwil przed maratońskim debiutem, patrzę wstecz i trochę chce mi się śmiać, trochę łapie mnie wzruszenie. Jak ja się tu znalazłam? W tym ciele, z tymi myślami? Czy to możliwe?

W listopadzie 2013 wyszłam pierwszy raz biegać, po 20 miesiącach przerwy. Ale uświadomiłam sobie, że jest na to za wcześnie. Byłam za ciężka i cholernie się męczyłam. Zero aktywności przez ostatnie prawie dwa lata, psychiczne doły, ciężkie początki macierzyństwa i do tego ta cholerna mukowiscydoza...To wszystko zrobiło ze mną coś okropnego...
Do tematu z przytupem wróciłam w lutym. Dokładnie 16.01 z pomocą Ewy Chodakowskiej w miesiąc zrzuciłam ponad 4 kg, załapałam cień kondycji. Dopiero wtedy zaczęłam biegać regularnie. 

Ale moja prawdziwa przygoda zaczęła się wraz z intensywnymi przygotowaniami do maratonu. Rozpisane treningi, trzymanie się planu. To, co się działo przez ostatnie miesiące, to niesamowita przemiana. Zupełnie inny wymiar biegania. Wychodzę na trening i koniec kropka. Biegam tyle ile mam zapisane, nie mniej, nie więcej. Jem to, co mogę. Robię to, co muszę. I czuję się z tym cudownie! Bo to działa, widzę efekty!

To nie była łatwa droga. Ile wysiłku kosztowało mnie to wszystko, wiem tylko ja. Ile w sobie musiałam zmienić, ile razy chciałam odpuścić, ile razy walczyłam, szukałam w głowie wymówek, żeby nie wyjść, kiedy okropnie mi się nie chciało, kiedy byłam zmęczona...

Zawaliłam sierpień i pewnie za to beknę na maratonie. Cóż, nie da się dobrze robić kilku rzeczy naraz. Wyruszyłam motocyklem w trasę po Europie. Biegałam chociaż tyle, żeby nogi nie zapomniały, wypadłam z planu. Przeżyłam fantastyczną przygodę. Coś za coś.

I na te parę dni przed maratonem pojawiły się takie myśli, że pewnie to mnie zgubi. Że za mało z siebie dawałam, że jednak mogę więcej, że może się nie nadaję, że na pewno się nie nadaję, że to za wcześnie, za mało kilometrów mam w nogach, że debiut z czasem w jaki celuję to trochę kicha, że pewnie się doczołgam, że może to, tamto i sramto. Uległam zbiorowej panice, nerwowo przeglądałam strony w necie, zaczęłam się nakręcać, denerwować, porównywać, wpisywać w tabelki, stawiać do kąta.

Ej..! Hola, hola... stop!

Przypomniałam sobie od czego się to wszystko właściwie zaczęło. 
A no od tego, że obiecałam Synkowi przebiec połówkę. Przebiegłam.
Potem w szaleństwie i na endorfinowym haju postanowiłam podnieść poprzeczkę i przebiec maraton. Dlaczego? Właśnie po to, by pokazać, że nie ma rzeczy niemożliwych.
Bo zaczęło się wszystko od tego mojego małego brzdąca, który teraz sobie pochrapuje w swoim łóżeczku, otoczony autami i świnką Peppą. 
To jemu właśnie chciałam pokazać, że się da! 
Że skoro ja mogę, to cholera, ten świat naprawdę pomieści wszystko. 
I tą cholerną mukowiscydozę też pokonamy! 
Chociażby z kolką i na chwiejnych nogach, Synu, dowleczemy się do tego końca a na metę wbiegniemy z uśmiechem!

Nie liczy się czas - zawsze będą lepsi, gorsi.
Nie liczy się styl - zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że można inaczej.
Liczy się to, że osiągnę cel.

Zamykam oczy i widzę te ciężkie momenty ostatnich dwóch lat, kopiące człowieka bezlitośnie po nerkach, głowie, sercu... 

Pamiętam te dni, kiedy walczyłam o karmienie piersią. 
Ciało po cesarskim cięciu bolało jak diabli, bolały piersi, dziecko płakało a ja razem z nim. 
Totalna bezradność.. Jak to się do cholery robi i dlaczego to nie jest tak jak na obrazkach? 
Udało się przejść przez te trudne początki. Zależało mi okropnie na tym karmieniu. 
I chociaż mogłam w 13054968 momentach podać dziecku butelkę z mm, zacięłam się, dałam radę.

To co, ma mnie jakiś skurcz powalić? Jakiś ból? 

Spędziłam tygodnie na patologii ciąży, uporałam się z przedwczesnym porodem i leżeniem plackiem dwie doby pod pompą, wlepiając się w strukturę ściany szpitala świętej Zofii, podczas gdy Czarek przechodził trudną operację w innym szpitalu. 
Co to dla mnie 42 kilometry? 

Przecięli mnie, wyciągnęli Bruna a potem zszyli. 
Wstałam po 6 godzinach. 
Wyciągnęłam sobie sama szwy jak się zagoiło.

Dostałam do ręki nowe życie z zadaniem dbania, pielęgnowania, wychowania.
Bez żadnych wskazówek, bez planu, bez instrukcji.
Świadomie wychowuję człowieka. 
Czuję ciężar odpowiedzialności za niego, zależy mi by rósł zdrowo i mądrze.

A ja się boję biegania?

Wiem, że umiem walczyć. Wiem, że mnie nie złamało najgorsze - nieuleczalna choroba Syna. 
I skoro to mnie nie zgięło i nadal umiem żyć szczęśliwie, to na litość boską, maratonu nie przebiegnę? 

A jednak...
Gdyby to było takie proste.
Ha ha.

Za dwa dni ruszę na długi spacer po Warszawie.
O czym będę myśleć? Nie wiem. O niczym? O wszystkim?
Czy dopadnie mnie "ściana"? Co poczuję na mecie? Czy tam dotrę?

Nie wiem.

Wiem jednak, że już sama droga, która doprowadziła mnie na start jest moim wielkim sukcesem.
Ta droga i Ci ludzie, którzy na niej stanęli to jedno z najpiękniejszych doświadczeń w moim dotychczasowym życiu. 
Nie chcę robić ołtarzyka dla biegania, nie myślcie sobie, że jak wskoczycie w buty i zrobicie parę kółek to od razu zmieni się Wam świat. To my nadajemy sens temu co robimy. Ja czuję w tym coś więcej, umiem to znaleźć. Pokochałam ten stan bycia ze sobą w biegu, czerpię z tego moc jak ze źródełka. Tak jak z każdą, prawdziwą pasją. Tak samo mam jadąc motocyklem w trasę. Jestem w innym wymiarze. Buduję siebie z tego, co wyciągam z tych chwil... 

Widzę jak przez mgłę siebie jeszcze parę miesięcy temu, ponad 14 kg cięższą, smutniejszą...
Naprawdę, to byłam ja?
Zaczynam wierzyć mocno w to, że wszystko jest możliwe.
Ta siła, która jest we mnie dziś pozwala mi stawać się kimś lepszym każdego dnia. 
Pracuję "nad" i "z" moim ciałem,
zyskuje na tym przede wszystkim umysł. 

I mam w sobie spokój.
Nawet na te dwa dni przed startem do którego ciężko przygotowywałam się kilka miesięcy.

I Ty też, jeśli masz gdzieś w sobie jakiś swój maraton do przebiegnięcia, nie myśl jak to zrobić ani kiedy, po prostu to zrób. To najlepsza taktyka z możliwych.

A potem tak jak ja, spojrzysz wstecz i będziesz się śmiać i jednocześnie płakać ze wzruszenia.
Nie mogę Ci opisać jak bardzo warto.

Trzymaj za mnie kciuki w niedzielę!


wtorek, 26 sierpnia 2014

Wyrzuć to!

Usiadłam na krawężniku i chociaż bardzo nie chciałam tego robić, rozpłakałam się.

Do dupy, dzień do dupy. Wszystko jakoś nie tak, coś w środku gniecie, wwierca się w trzewia.
Złe wiadomości, gorsze samopoczucie. Z trudem udało mi się zebrać i wyjść biegać. Deszcz, chłód. A we mnie zupełnie nie ma zgody na taką pogodę, nie chcę jesieni, nie tak szybko, nie już. Tak właściwie to w ogóle jej nie chcę. Długie to było lato, pełne słońca a jednak mało. A jednak trudno mi się przestawić.

I niby wszystko jak zwykle, trucht, rozgrzewka, ruszam. Ale cała jestem spięta, zimno. I bach, po kilometrze znowu coś puszcza w plecach. Nie mogę biec. Ledwo idę. Walczę. Udaje mi się zrobić kolejny kilometr. Porażka. W niedzielę półmaraton, za miesiąc maraton, w planie na dziś 15 km.
A ja zgięta w pół siedzę na mokrym krawężniku.

Wróciłam do domu. Musiałam mocno zmusić ciało do ruchu. Ale przecież nie będę się wlec dwa kilometry w tym deszczu. Chcę do domu. Po drodze myślałam sobie: "Nie chce mi się nawet gadać", "najchętniej zamknęłabym się w pokoju, nakryła kocem", "dupa dupa dupa dupa".
Przyszłam, położyłam na łóżku. Czarek podjął próbę rozmowy. E-e. Łzy lecą.
"Wszystko źle, nie tak".

"Co źle...? Co to znaczy wszystko?" - zapytał, lekko poirytowany moją odpowiedzią. "Nie ma wszystko, co konkretnie?".

Mówię.

I chociaż tej nocy męczyły mnie koszmary, chociaż nie odzyskałam do końca humoru to wyrzucając z siebie swoje obawy, stresy i wszystko to, co mnie męczyło, odzyskałam równowagę. Następnego dnia przebiegłam 15 kilometrów.

Szczera rozmowa z kimś kto chce Cię wysłuchać pomogła jak zwykle.
Tego nauczył mnie mój Mąż.
On zawsze słucha.

Wyrzuć to z siebie. Cokolwiek Cię gryzie, męczy, nie pozwala cieszyć się życiem.
Zbierz się na szczerość. Powiedz to. Chociażby sobie samej/samemu do lustra.

Otwórz się i do cholery zacznij żyć! Świat pozostanie taki sam, będzie padał deszcz, będą dziać się złe rzeczy, będzie ciężko. Ale przecież możemy być szczęśliwi!

Wyjedź w wymarzone miejsce. Zrób to. Potrwa to długie miesiące, bo będziesz zbierać pieniądze albo czekać na urlop etc, etc. Ale zrób to. Zawalcz. Chwile spędzone na wakacjach wynagrodzą Ci ten długi czas oczekiwania.

Schudnij, jeśli męczy Cię własny widok w lustrze. Zajmie Ci to długie miesiące, będzie ciężko. Ale zrób to. Warto. Nie można być szczęśliwym, źle się czując we własnym ciele.

Kochaj, jeśli chcesz kochać. Otwórz serce na innych, zdobądź się na pierwszy krok, szukaj.
Będzie trudno. Zrób to. Nie da się żyć bez miłości.

Wyrzuć z siebie frustracje, wypełnij miejsce marzeniami, określ cel, działaj.

Chociaż wiem, że mogłabym wrócić do domu, rzeczywiście zamknąć się w pokoju i nakryć kołdrą, nie zrobiłam tego.

Zrobiłabym tak jeszcze kilka lat temu.

Teraz wiem, że kolekcjonowanie tego, co nam nie pasuje to strasznie męczące i bezsensowne zajęcie.
Trzeba iść dalej. Włożyć w tę drogę trochę wysiłku, owszem.
Tym bardziej wartościowe będzie to, co zdobędziesz.

Wyrzuć to.
Czy to będą lęki i frustracje czy za duże ciuchy lub czyjś numer telefonu.
Wyrzuć w cholerę.

Wypluj tę gumę, która dawno straciła smak.