środa, 9 lipca 2014

Przepraszam, ja przelotem, bo zaraz lecę.


Ostatnio rządzi Instagram. Jestem uzależniona od zatrzymywania momentów w małych obrazkach.
I mam prawdziwą przyjemność, kiedy oglądam zdjęcia sprzed roku, dwóch. Ile się w tym czasie wydarzyło! O ilu chwilach już dawno zapomniałam! Zdjęć robię tysiące. Często nie wracam do nich, jest ich za dużo. Instagram to wybrane zdjęcia, krótki kawałek naszej historii, bez słów.

Tyle dyskusji toczy się na temat prywatności w sieci. Zamieszczanie zdjęć, uzależnienie od tej czy innej aplikacji... Szczerze mówiąc nie drażni mnie to tak, jak niektórych i nie widzę/ nie chcę widzieć tylu zagrożeń na każdym kroku swojego życia. Umieszczam zdjęcia Bruna i opisuję nasze wspólne życie, dopóki podejmuję za niego decyzje, dopóki jest dzieckiem. Myślenie o tym, co mi powie na ten temat za 10 lat teraz mnie nie dotyczy. Równie dobrze może mnie ochrzanić i mieć zal, że go nie ochrzciliśmy albo karmiliśmy mięsem. 

Dziś robię wszystko mając na uwadze dobro Syna, mojej Rodziny. Nie zamieszcze nigdy nagiego zdjecia, nie naśmiewam się z dziecka. Ale nie będę bać się wszystkiego i wszystkich. Nie pozwolę, żeby strach czy obawa o opinię innych ludzi miały wpływ na moje życiowe wybory. Dlatego codziennie pokazuję skrawek swojego życia poprzez profil na Instagramie. I zapraszam TU każdego, kto jest ciekaw, jak ono wygląda.
Dziś upubliczniłam mój profil. O!

Pędzę tak szybko do przodu, że na refleksje przy/na blogu czasu brak...
Szablon, szata graficzna jest do bani. Wiem. W ogóle wieje nudą. To sie zmieni, obiecuję. Ale nie teraz...Teraz pędzę, łapię słońce, biegam za Synem i na treningach. Na wszystko czasu brak, pewne rzeczy muszą poczekać... 

Na same przemyślenia oczywiście zawsze znajdzie się chwila. W końcu każdego dnia uczymy się czegoś o sobie, naszych bliskich, świecie. I to jest naprawdę ważne, żeby na te momenty znaleźć czas. Na czas tylko dla siebie, rozmowę z partnerem, bycie z dzieckiem w 150% a nie tylko obok. Na to, żeby przyjrzeć się światu, naturze. 

Jest pięknie. Naprawdę. Chociaż wciąż głupio boję się to mówić na głos. Bo nadal jest we mnie strach, że coś się zaraz spieprzy. Muko-widmo krąży, wisi nad nami. Czy już tak będzie zawsze? Pewnie tak... Strach o zdrowie dziecka chorującego na nieuleczalną chorobę jest, obawiam się, również nieuleczalny.... Jednak dla tych wszystkich, którym wydaje się, że to już koniec, mam pocieszenie. Wciąż widzimy świat w pozytywach.

Pakując się na wakacje, które u nas ostatnio trwają praktycznie nieustająco, ( tylko się cieszyć!) musimy myśleć o masie innych, dodatkowych rzeczy. O dokumentach związanych z muko, badaniach lekarskich, receptach, zapasie leków, które są i mogą być potrzebne podczas wyjazdu. Musimy wykupić dodatkowe ubezpieczenie dla Bruna, zadbać o każdy szczegół aby móc w pełni cieszyć się wolnym czasem. Wakacje nie zwalniają od przyjmowania leków, inhalacji itp, itd. Pojawiają się dodatkowe zagrożenia - tłumy na lotnisku, lot samolotem, basen, place zabaw, klimatyzacja, etc. Ale znowu, powtórzę się, nie pozwolę na to, żeby strach powstrzymał mnie przed spełnianiem marzeń, życiem takim jakiego chce dla Bruna i siebie samej.

Wakacje sporo nas kosztowały. Inne wydatki odkładamy na dalszy plan. Ale nie żyjemy wiecznie i kto wie, czy za rok w ogóle będziemy w stanie wyjeżdżać tak często, tak daleko?
Trzeba żyć trochę tu i teraz, wtedy łapiemy to szczęście. Nie jesteśmy jednak całkiem pozbawieni wyobraźni. Jako rodzice, w dodatku chorego dziecka, musimy w jakiś sposób zabezpieczyć jego przyszłość. Szczególnie, że Bruno rośnie a wraz z nim rosną wydatki związanie z jego leczeniem... Zachowanie równowagi, chcąc pogodzić te dwa podejścia, te dwie natury jest trudne. Odpowiedzialnie spontaniczni. Czy to w ogóle możliwe? Tego się uczymy, staramy się...

Po powrocie z wakacji zaczynamy procedury związane z zakupem kamizelki potrzebnej do rehabilitacji Brusia. Czeka nas latanie z papierami po urzędach, masa wypełniania różnego rodzaju druczków...

Teraz drukujemy spis leków potrzebnych na pokładzie samolotu, prasujemy ubrania, mierzymy stroje kąpielowe. Trzymajcie kciuki za udane wakacje, będziemy dawać znać na Instagramie.

Pozdrawiamy!










Więcej nas TUTAJ.




poniedziałek, 30 czerwca 2014

Śniło mi się.




Gonił mnie niedźwiedź. Ogromny i przerażający. Pędził w moją stronę a ja na rękach trzymałam Bruna. Obudził mnie Czarek. Jestem w domu. Uff. Wszystko dobrze. Chyba ostatnio za dużo gór w moim życiu :). Trzeba trochę odpocząć. Dlatego pakujemy się i ruszamy jutro do Wrocławia na parę dni.

Śniło mi się też, że biegam po górach, dookoła górskie szczyty, na nich śnieg.
Świeci słońce, pod nogami pachnąca ziemia. Alpy…. Zaraz, zaraz a może to nie był sen?

Byłam tam, przebiegłam. Przecież pamiętam jazdę samochodem na lotnisko, lot, podróż w góry. Pamiętam pakowanie się i zastanawianie "co ja do cholery mam ze sobą zabrać?".
Pytałam, czytałam sporo na ten temat ale zawsze nasze osobiste doświadczenia weryfikują wszystkie porady. Teraz już wiem więcej.

Pierwszy błąd - na taki dystans wzięłam plecak. Ciążył mi, był niepotrzebny. Strasznie się spociłam przez niego a było naprawdę gorąco, słońce miejscami paliło. Wlokąc się pod górkę wypatrywałam tylko lasu i cienia.  Nie wzięłam czapki, okularów ( te pożyczyłam przed biegiem) nie posmarowałam się kremem z filtrem. Spiekłam sobie nos.

Za dużo i łapczywie piłam przez ten upał, dopadła mnie okropna kolka podczas zbiegów. A te bardzo mnie zaskoczyły. Chyba lepiej, że nie do końca zdawałam sobie sprawę co mnie czeka…

Skoki przez strumyki, w lesie mokro - kamienie, błoto…Szybki zbieg po zboczu, śliska trawa. Moja głowa pracuje na najwyższych obrotach, analizuję gdzie postawić kolejny krok, na co lepiej spaść, korzeń, czy błoto?. Chociaż buty dobrze trzymały stopę, parę razy noga się wykrzywiła. Oj!
Postanowiłam trochę zwolnić, autentycznie bojąc się urazu. Ten półmaraton nie był moim celem tego sezonu, przygotowuję się do maratonu na płaskim terenie. Ten bieg, to była taka fanaberia, w zasadzie totalny spontan. Cudowne przeżycie, ale celem jest ukończenie maratonu i nie mogłabym pozwolić sobie teraz na kontuzję. Nie chciałam się mocno forsować, co widać po moim tętnie - średnio 150, gdzie moje max. kształtuje się na poziomie 180.
Poza tym widoki… Nie mogłam się skupić na biegu, rozpraszało mnie atakujące dookoła piękno. Alpy, górskie łąki, małe domki, krówki z dzwonkami u szyi. Natura w najpiękniejszej postaci, cudowna widoczność, czysta przyjemność po prostu bycia tam.

Było mi autentycznie ciężko biec pod górę. Kilometr, może dwa, trzy i dość…  Większość biegaczy mnie wyprzedziła. Ludzie na oko mający po 35 lat więcej ode mnie skakali przed siebie jak kózki.
A ja sapałam i z przerażeniem spoglądałam na zegarek. To dopiero początek...

Przed tym biegiem miałam okazję dwa razy przebiec się po Bieszczadach. Spędziliśmy z moimi chłopakami wspaniały, czerwcowy długi weekend nad Soliną. Dużo chodziliśmy, kibicowaliśmy na mecie Biegu Rzeźnika, ja robiłam męczące podbiegi. Ale to przecież nic w porównaniu z tym, co czekało na mnie w Alpach. Dziś jeszcze, mimo tego, że się oszczędzałam, bolą mnie uda. Dzięki temu i przeglądanym po tysiąc razy zdjęciom w telefonie ( zdołałam zrobić w trakcie marszu kilka uroczych "selfie" :D) mogę uwierzyć, że było mi dane to wszystko przeżyć.

Bieg dla mnie skończył się u podnóża góry Brienzer Rothorn. Po przebiegnięciu mety dopadłam pomarańcze i colę. Położyłam się na trawie, obok przyjaciółki Kasi i nowo poznanych znajomych z biegu ( w tym jeden Polak, również debiutujący ). Mogłam odpocząć, chociaż krótko. Kasia (słusznie!) trochę zmusiła mnie do rozciągania się, chociaż zupełnie nie miałam na to sił.

Tutaj też, na tej polanie, kończył się bieg na 20 mil. Dziwny dystans, hm? Po chwili wszystko było jasne… Bieg Rothorn Run i ostatnie 11 km maratonu to była czysta wspinaczka po zboczu góry.
Na sam szczyt. Tam, gdzie wiatr smaga po twarzy, śnieg leży cały rok. Gdzie wyżej już się nie da.

Postanowiłyśmy z Kasią, dzięki której w zasadzie to wszystko się udało ( znalazła bieg, pomogła z organizacją, zawiozła, kibicowała, odwiozła, gościła u siebie ) wjechać kolejką linową tam, gdzie znajdowała się meta maratonu i biegu Rothorn Run. Na miejscu dopadło nas wzruszenie, zachwyt, pyszna kawa i lokalny deser. Obserwowałyśmy biegaczy stających na mecie po 6 godzinach biegu. Niektórzy ledwo stali na nogach, z nosa zwisały im sopelki… Byłam pod ogromnym wrażeniem. Zazdrościłam im tego i wiem, że kiedyś też to zrobię.

Wiem zresztą o wiele więcej. Bo mimo, że wszystko działo się tak szybko, udało mi się złapać kilka chwil na refleksje. Wiem o sobie trochę więcej niż przed wyjazdem, zebrałam kolejne wspaniałe wspomnienia, obrazy, których piękna nie odda żadna, najbardziej profesjonalna fotografia, emocje, których najdoskonalszy pisarz nie byłby w stanie ująć w słowa. Takie chwile po prostu trzeba przeżyć. Trzeba!

Wiem, że jeśli dziś dzieją się rzeczy o których nie śniłam jeszcze rok temu, to jest na tym świecie miejsce na wszystko. Myślę o Brunie, bo to do niego sprowadzają się moje wszystkie motywujące myśli. To dzięki mojej rodzinie jestem tu, gdzie jestem. Coraz bardziej realna staje się możliwość wynalezienia leku na mukowiscydozę. Nowe informacje zza oceanu dają nadzieję. Ten lek któregoś dnia pomoże mojemu dziecku.

Choroba Brusia to wyzwanie. Pokonanie tego półmaratonu było dla mnie również wyzwaniem. Przede mną kolejne, mniejsze, większe. Udało się. Uda się! Ja to wiem!

Kiedy biegłam a potem spędzałam wieczór z Kasią na koncercie, Bruno doskonale bawił się z Tatą u znajomych. Jestem przeszczęśliwa, że mogę być tak spokojna zostawiając ich razem, tak świetnie się dogadują. Bruno jest w Czarku zakochany, tylko jemu daje buziaczki z własnej, nieprzymuszonej woli ( ja czasem muszę te buziaki skraść :D).

Wróciłam do domu już następnego dnia o 14. Spędziliśmy popołudnie na pikniku.
Bruno stęsknił się trochę, przytulał się mocno do mnie wieczorem i tak zasnął.

Jak cudownie, że to wszystko mi się nie śni…



Bieszczady 19-22.06.

















Szwajcaria 27-29.06.